• Tom à la ferme
  • State of Play
  • Isle of Dogs
  • BlacKkKlansman
  • First Man

Transformers – score

data publikacji: 27/06/2009

Transformers

Transformers – score

"...zaserwował nam muzyczną Zbyszko Polo Colę..."

Kompozytor: Steve Jablonsky

Rok produkcji: 2007

Wytwórnia: Warner Bros.

Czas trwania: 60:22 min.

Trzeba przyznać, że dosyć długo zbierałem się do napisania tej recenzji, gdyż od momentu jej zadeklarowania, zajęło mi to prawie dwa lata. To wszystko z powodu małej przystępności muzyki Steve’a Jablonsky’ego, która jest dosyć… problematyczna w odbiorze, a raczej… trudna do przyswojenia czy też może po prostu…ciężka do słuchania. Nie są to jednak obstrukcje w percepcji dzieła, o jakich marzy każdy artysta, ponieważ nie wynikają z kompleksowości ani wielopłaszczyznowości jego tworu, lecz stanowią nieuchronny skutek jego kreatorskiej niedoskonałości. Krótko mówiąc, mamy tu do czynienia z solidnym kawałkiem kiepskiej, nudnej, przewidywalnej do bólu i szalenie wtórnej muzyki.

Młodzi, względnie zdolni kompozytorzy, powoli dojrzewający w zimmerowskiej szklarni dla utalentowanych, słyną ze zbyt dosłownego wzorowania się na swoim niemieckim mistrzu. W ich pracach można odnaleźć podobne do hansowych połączenia brzmieniowe, analogiczne konstrukcje tematów czy nawet zbliżone koncepcje samych utworów. Zwykle ma to jednak pewne granice, które w "Transformersach" zostały bezczelnie przekroczone. W tym przypadku nie sposób bowiem mówić o żadnym "stylistycznym pokrewieństwie". Jablonsky nie inspiruje się Zimmerem, ale bezwstydnie go kopiuje we wszystkich aspektach dzieła muzycznego. Myślę, że nie ma sensu wymieniać wszystkich partytur Niemca, które "parafrazuje" tu Steve, bo każdy za pewne dostrzegł wszystkie podobieństwa. Ograniczę się więc jedynie do dwóch użytych na najszerszą skalę, czyli "Króla Artura" oraz "Batmana – Początku". Tą pierwszą Amerykanin wykorzystał do stworzenia bazy tematycznej ścieżki, a także niewątpliwie do opracowania partii chóralnych ("Autobots", "No Sacrifice, No Victory"…).

"Batman Begins" jawi się zaś przede wszystkim w muzyce akcji, gdzie Jablonsky używa prawie takich samych figur rytmicznych i wprowadza niemal identyczne progresje, występujące w mocnych akcentach instrumentów dętych na tle szybkich, zapętlających się motywów, granych spiccato przez smyki. Ponadto stosuje tu bliźniacze efekty perkusyjne i elektronikę. Szczególnie dobrze ukazuje to utwór "Soccent Attack", gdzie Steve dodatkowo powiela zimmerowe wykorzystanie "Requiem d-moll" Mozarta, co jest wręcz zabawne. Nie ma w tym nic złego, że ktoś inspiruje się wielkim klasykiem, a nie np. Brianem Tylerem, ale dlaczego robi to przez pryzmat innego kompozytora? Ciężko już wtedy mówić o inspiracji, raczej o jakimś "amorfizmie muzycznym". Cóż bowiem powstało, skoro Jablonsky zniekształcił quazi-mozarta Zimmera? Na odpowiedzi czekam do 10 lipca.

Podobieństwo "Transformersów" do dwóch rzeczonych prac Hansa jest tak duże, iż gdyby umieścić "No Sacrifice, No Victory" na płycie wraz z "Królem Arturem", a "Soccent Attack" wstawić do "Batmana – Początku", to nie wiem czy ktoś zorientowałby się, że coś jest nie tak. Dla mnie takie uprawianie… sztuki nie ma zupełnie sensu. Steve Jablonsky nie występuje tu już w roli artysty, ani chyba nawet, w związku z technicznymi niedoskonałościami, dobrego rzemieślnika, tylko w roli "faceta, który umie łączyć ze sobą dźwięki, aby akustycznym szmerkiem wypełnić luki w filmie". Dlatego nie boję się nazwać tej partytury czystym, nieskazitelnym kiczem. Kicz w moim mniemaniu jest czymś, co nie dość, że w banalny i przewidywalny sposób wykorzystuje czyjeś osiągnięcia, to jeszcze nie ma w sobie ani krztyny pierwiastka indywidualnego jego twórcy. A tak jest niestety w tym przypadku.

Jedyną rzeczą, która świadczy o jakimś minimum inwencji, jest tematyka, która, choć banalna i cały czas zionąca na odległość "Królem Arturem", potrafi gdzieniegdzie, przez króciutkie chwile, wywołać uczucia, mogące zostać sklasyfikowane jako pozytywne.

Steve oparł muzykę o trzy główne tematy, zawarte z resztą w trzech suitach na początku płyty: temat Autobotów, temat Decepticonów oraz temat Wszechiskry. Spośród nich za znośny uważam tylko ten ostatni, mimo że chyba najbardziej z nich trąca banałem. Amerykanin uraczył nas także paroma tematami pobocznymi, ale słuchanie ich może przyprawić o mdłości (ja osobiście nie mogę znieść tematu Optimusa i melodii z "Arrival to Earth"). Tylko motyw akcji z utworu "Scorponok" przynosi jakąś przyjemność.

Oczywiście cały ten prosty patos dobrze sprawdza się w równie pompatycznym filmie, jednak należy zastanowić się, jak prostymi środkami został on osiągnięty. Jeżeli ktoś ma w domu instrument, to niech do niego podejdzie i zagra na nim kolejno w ¾ g-moll, B-dur, F-dur, g-moll. Już jest patos. Ale sama wiedza, że zabrzmi to wzniośle nie wystarczy. Muzykę trzeba czymś natchnąć, dać jej duszę, a przede wszystkim mieć na nią pomysł (swój!). To są wykładniki nieodzownego w komponowaniu talentu. Inaczej wszyscy moglibyśmy ilustrować filmy.

Można by próbować usprawiedliwić ten bubel Steve’a wymaganiami producentów i reżysera, którzy na pewno spodziewali się muzyki zimmerowskiego formatu. Jednak, gdy John Powell niespodziewanie zastąpił Hansa w "Face-Off" Johna Whoo, spoczywała na nim podobna odpowiedzialność. Mimo to stworzył ilustrację w dużym stopniu autonomiczną, zawierającą wiele jego własnych pomysłów. Pan Jablonsky zaś nie wniósł do swojej pracy nic indywidualnego, lecz zaserwował nam muzyczną Zbyszko Polo Colę, czyli Zimmera dla ubogich…

Na koniec należy zadać sobie pytanie: Czy ocenialibyśmy tą muzykę lepiej, gdyby na okładce widniało nazwisko Hans Zimmer? Na pewno tak (gdyby jakimś cudem napisał coś tak nijakiego). Jednak nie z racji samego nazwiska, tylko czynnika oryginalności, ponieważ jej zupełny brak w "Transformersach" potwornie irytuje. Nawet, jeżeli coś czasem aspiruje do bycia miłym dla ucha, to natychmiast zostaje wyparte z ośrodków przyjemności właśnie z powodu skrajnej wtórności. Soundtrack ten może podobać się chyba tylko komuś, kto nigdy nie słyszał Hansa Zimmera, który ma przecież pełne prawo komponować, jak Hans Zimmer i popełniać na sobie bezwstydne plagiaty. Nie rozumiem dlaczego twórca całkiem niezłego, "niejabłońskiego" "Steamboya" nie szuka własnego głosu w muzyce, a przecież to się liczy najbardziej. Nieważne jak prozaiczny jest Elfman, pretensjonalny Zimmer czy ciężki Goldenthal. Istotne jest, że mają oni swoje indywidualne style. Właśnie takich ludzi potrzebuje sztuka, a nie jakichś artystycznych obojnaków.

P.S. Możliwe także, że Steve minął się z powołaniem i powinien zająć się szerzej telewizją, bo "Sam At The Lake" świetnie nadaje się do reklamy podpasek.

Autor recenzji: Andrzej Szachowski


CD 1

01.

Autobots

02.

Decepticons

03.

The All Spark

04.

Deciphering the Signal

05.

Frenzy

06.

Optimus

07.

Bumblebee

08.

Soccent Attack

09.

Sam at the Lake

10.

Scorponok

11.

Cybertron

12.

Arrival to Earth

13.

Witwicky

14.

Downtown Battle

15.

Sector 7

16.

Bumblebee Captured

17.

You`re a Soldier Now

18.

Sam on the Roof

19.

Optimus vs. Megatron

20.

No Sacrifice, No Victory

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3  

truy 20-03-2013, 18:57

czy według innych czytelników, autor recenzji lekko przesadza ? Jak dla mnie muzyka do tak komercyjnego kina Jablonskiego jest idealna, a i łatwo mi się ją słucha ;/


DanielosVK 20-03-2013, 21:43

Recenzja jest w sam raz. ;)


SM 21-10-2013, 21:06

ja tam lubie taka muze przy ktorej sluchaniu mam ciarki


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz