• Witch, The
  • Sing Street
  • Firestarter
  • Hitman’s Bodyguard, The
  • Klute / All The President's Men

Iron Man

data publikacji: 05/02/2009

Iron Man

Iron Man

"...nie przedstawia sobą żadnej wartości..."

Kompozytor: Ramin Djawadi, różni wykonawcy

Rok produkcji: 2008

Wytwórnia: Silva Screen Records / Lions Gate

Czas trwania: 54:38 min.

 

Tytułowy człowiek z żelaza (niesygnowany jednakoż nazwiskiem Wajda), okazał się zeszłoroczną rewelacją i z miejsca okrzyknięto go jedną z najlepszych komiksowych adaptacji. Duża w tym zasługa reżysera filmu, Jona Favreau, który na bazie komiksu stworzył niegłupią, podszytą autoironią i sarkazmem opowieść, którą do tego znacznie urealnił – na tyle, na ile było to oczywiście możliwe. Poza tym film od strony technicznej jest dość widowiskowy, a aktorstwo, na czele z absolutnie fantastycznym Robertem Downeyem Jr. w roli głównej, jest bardzo solidne. Nie ma się więc czemu dziwić wszelkim pozytywnym opiniom, gdyż produkcja ta nie zawodzi na żadnej właściwie linii. No, może poza muzyką...

Napiszę od razu, że po tym, co usłyszałem po raz pierwszy w filmie, a następnie na płycie, miałem w głowie tylko jedną, najniższą z możliwych ocenę. Z takim też zamiarem podszedłem do recenzji, jednak będąc zmuszonym nieco bardziej zagłębić się w ów krążek, postanowiłem oddać trochę sprawiedliwości kompozytorowi i stwierdzam, że nie jest to taki syf totalny, jak początkowo sądziłem. Co prawda moja finalna ocena nadal daleka jest od hurraoptymizmu, ale przyznam, że chwilami to CD okazało się czymś więcej, niż tylko ładną ozdobą na choinkę i w paru momentach dało mi nieco muzycznej satysfakcji.

Niestety jest to dosłownie tylko kilka tracków, które mogą się na dłuższą metę podobać, i do których ewentualnie można potem wrócić – z czego połowy nie napisał Djawadi. Pod tym względem rewelacyjnie prezentuje się sam początek albumu, który oferuje parę mocnych, ale jednak klimatycznych i przemyślanych motywów, na które kompozytor wyraźnie miał jakiś pomysł. Do takich fragmentów należą: początkowy "Driving With The Top Down", nieco mniej składny, ale wciąż atrakcyjny "Merchant Of Death", "Mark" w dwóch odsłonach, czy krótki, lecz konkretny "Fireman". Na siłę można dodać do tego także "Arc Reaktor", który ma w sobie zalążki bardzo fajnej melodii (pojawiającej się odpowiednio ok. 1 min., potem ok. 2:54 min.), jednak w rezultacie gubi go zbytnia chaotyczność. To są te najjaśniejsze, a przy tym najmocniejsze fragmenty pracy Niemca, który całkiem sprawnie połączył ze sobą fragmenty tradycyjnej orkiestry (głównie smyczki) wraz z typowo komputerową sieczką, wspomaganą jeszcze przez elektryczną gitarę czy perkusję. Nie jestem co prawda zagorzałym fanem takiego ostrego grania, ale te właśnie utwory zdołały mnie jako tako porwać, z nich także wylewa się czystej klasy akcja.

Mimo to najlepszym utworem tej płyty jest dla mnie nowa, lekko jazzująca interpretacja tematu "Iron Mana", autorstwa Johna O'Briena & Ricka Bostona – szkoda tylko, że taka krótka. Poza tym zaskakująco nieźle słucha się też końcowej piosenki z animowanej wersji przygód ‘żelazka’ (choć jest to bonus całkowicie niepotrzebny), oraz chilloutowego "DamnKid" DJ-a Boborobo (mimo iż pseudonim tego pana zdaje się mówić co innego ;). Ostatni utwór gościnny, "Institutionalized" pozostawię już bez komentarza – chociaż znajdą się fani takich wrzasków, to do mnie zupełnie coś takiego nie trafia.

Pozostałą zawartość płyty mogę określić jedynie mianem hałasu (co jest i tak bardzo łagodnym określeniem). Tak jak ww utwory są w jakiś sposób melodyjne, interesujące i poukładane, tak cała reszta nie różni się zbytnio od tego, co każdy z nas robił w wieku lat pięciu, czyli walenia w mamine garnki bez ładu i składu. Ba! Istnieje przecież cała grupa teatralno-muzyczna o nazwie STOMP, która szczyci się tym, że potrafi wykreować wspaniały show za pomocą pudełka od zapałek i kija od szczotki (szczerze polecam zobaczyć, jak ktoś ma okazję). Tymczasem mając do dyspozycji profesjonalne studio nagraniowe, całą gamę komputerów i sprzętu elektronicznego, zapewne niemałą orkiestrę i cały sztab ludzi do pomocy (wliczając w to samego Zimmera), Djawadi zdołał wykreować jedynie dźwiękowy chaos, którego nie można nazwać nawet osobliwym underscorem, bo po prostu nie przedstawia sobą żadnej wartości. Co prawda czysta, chwilami ciekawie zapowiadająca się tapeta także tu występuje ("Vacation's Over", "Extra Dry, Extra Olives", "Are Those Bullet Holes?"), ale jest tak bezpłciowa i nijaka, że równie dobrze mogłoby tu jej nie być. Sam, niespełna godzinny album, nic by zresztą na tym nie stracił, gdyby odjąć z niego te wszystkie muzyczne odpady. Mowa! Gdyby dobrze skrócić go o te pół godziny, to podejrzewam, że otrzymalibyśmy całkiem solidną porcję muzyki – co prawda boleśnie elektronicznej i bez wyraźnego stylu, ale zjadliwej i jak najbardziej słuchalnej. Tak się jednak nie stało i efekt finalny przypomina mi niestety to, co zostawiamy na co dzień w toalecie, aniżeli pełnoprawny produkt, po który bez wstydu można sięgnąć.

Ktoś mi zaraz powie, że przesadzam i – mój ulubiony argument – że takie coś sprawdza się w filmie. Sęk w tym, że nie przesadzam, ta muzyka jest w większości naprawdę tragiczna. A to, że sprawdza się w filmie niczego nie dowodzi, bo gdyby wstawić tam, wspomniane przeze mnie walenie w gary, to pewnie też by się sprawdziło i nikt by nawet nie zauważył różnicy. Tej muzyce brak bowiem jakiegokolwiek związku z ruchomym obrazem – nie ma w niej nic, co można by identyfikować z historią, brak tu charakterystycznego języka tej opowieści, a już na pewno nie ma charyzmy i przebojowości Tony’ego Starka, co jest błędem wręcz niewybaczalnym, unikanym nawet przez nowicjuszy (w temacie polecam "Atom Nine Adventures"). A co to za muzyka, która nie potrafi nijak odnieść się do TAKIEJ postaci?!

 


Żal dupę ściska, gdy obserwuje się, jak wielką dziurę pozostawił po sobie Jerry Goldsmith (bo to przypuszczalnie on, gdyby wciąż żył, stałby za ilustracją do "Iron Mana" czy "Strażników"). Tego wielkiego kompozytora, który nawet najgorsze kino potrafił uzupełnić o pamiętne, pełne pasji i werwy utwory, zastępują dziś ludzie, którzy albo nie wiedzą, jak korzystać ze swoich umiejętności (Djawadi popełnił przecież wcześniej całkiem niezłe "Mr. Brooks" i "Prison Break", więc co się stało?); albo tacy, którzy tego talentu nie mają za grosz, więc zżynają od wszystkiego co się rusza i na drzewo nie ucieka (mój pupil: Tyler Bates). Smutne, ale prawdziwe. Generalnie płytki więc nie polecam, choć ci, którzy będą chcieli i tak po nią sięgną. Nie jest to może totalne dno, ale spokojnie można sobie darować – jest w końcu tylu innych, ciekawszych muzycznie Menów na rynku.

 

P.S. Na płycie zabrakło tytułowego przeboju Black Sabbath oraz "Back In Black" AC/DC, które nie tylko zostały użyte w filmie, ale i go promowały.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Driving With The Top Down – with Hans Zimmer & Ryeland Allison

02.

Iron Man (2008 Version) – John O'Brien & Rick Boston

03.

Merchant of Death – with Ryeland Allison

04.

Trinkets To Kill A Prince – with Hans Zimmer

05.

Mark I

06.

Fireman – with Hans Zimmer & Lorne Balfe

07.

Vacation's Over – with Hans Zimmer & Bobby Tahouri

08.

Golden Egg – with Clay Duncan & Bobby Tahouri

09.

DamnKid – DJ Boborobo

10.

Mark II – with Hans Zimmer

11.

Extra Dry, Extra Olives

12.

Iron Man

13.

Gulmira – with Hans Zimmer & Atli Örvarsson

14.

Are Those Bullet Holes?

15.

Section 16

16.

Iron Monger – with Hans Zimmer & Lorne Balfe

17.

Arc Reaktor – with Hans Zimmer & Lorne Balfe

18.

Institutionalized – Suicidal Tendencies

19.

Iron Man – Jack Urbont

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz