• Madres Paralellas
  • King Richard
  • CODA
  • Don’t Look Up
  • Cyrano

Dune - Sketchbook

data publikacji: 16/01/2022

Dune - Sketchbook

"...powrót mistrza do formy..."

Kompozytor: Hans Zimmer

Rok produkcji: 2021

Wytwórnia: WaterTower Music

Czas trwania: 101:45 min.

 

Wydawało się, że już więcej nie wrócimy na planetę Arrakis zwaną Diuną. Po komercyjnej wtopie adaptacji Davida Lyncha powstał mini-serial w 2000 roku, jednak skromny budżet nie pozwolił jego twórcom rozwinąć skrzydeł. Teraz z dziełem pisarza Franka Herberta zmierzył się specjalista od kina SF – Denis Villeneuve. Pierwszą jego decyzją był podział filmu na dwie części z powodu bogactwa pierwowzoru literackiego, żeby dać czas na głębsze poznanie tego świata. Do tego reżyser zebrał imponującą obsadę, ogromny budżet i stworzył iście epickie kino, które mnie powaliło na kolana. Nie mogę się doczekać drugiej części.

 

Kanadyjczyk znowu zatrudnił do napisania muzyki Hansa Zimmera. Niemiec miał taką fiksację na punkcie „Diuny”, że zrezygnował z pracy nad „Tenetem”, kończąc kolaborację z Christopherem Nolanem. Maestro jest wielkim fanem powieści i bardzo długo przygotowywał muzykę, niemal dopieszczając ją niczym mechanik pracujący nad popsutym samochodem. W efekcie powstała dość unikatowa praca, jedna z lepszych na przestrzeni kilku lat. Choć niemal od początku czuć, czyja to ręka tworzyła. Aby pokazać z jak ogromną produkcją mamy do czynienia, cała oprawa została wydana na trzech (!!!) albumach. Każdy z nich trwa ponad godzinę, więc zapowiadała się przeprawa niczym odgradzanie Odry Wałem Pomorskim.

 

Od czego by tu zacząć? Może od wydanego w pierwszej kolejności Sketchbooku – zbioru szkiców koncepcyjnych, będących budulcem tematycznym do ostatecznej oprawy? Muzyka ma tu formę suit, co wyjaśnia dlaczego niektóre utwory trwają grubo ponad dziesięć minut. Brzmi strasznie? To jeszcze nic, bo wszystko zaczyna się od użycia Głosu (zniekształcone słowa, używane przez siostry Bene Gesserit do narzucania swojej woli). Taki jest początek „Song to the Sisters”, zdominowany w sporej części przez wokalizy dla zakonu Bene Gesserit. Najpierw jest to tylko jedna osoba, gdzieś odbijająca się echem w tle minimalistycznej, ambientowej muzyki. Po trzeciej minucie pojawiają się nasilające się szepty, zmieniające się w bardzo rytmiczny zaśpiew, podnoszący napięcie. A kiedy się go połączy z rytmicznymi uderzeniami perkusji oraz riffu gitarowego, efekt jest piorunujący. Lecz w drugiej połowie utworu, ten żeński chór wydaje się brzmieć bardziej sakralnie, wręcz kontemplacyjnie. Coraz bardziej nakładają się na siebie głosy (pod koniec utworu brzmią wręcz nienaturalnie), w tle grają jakieś perkusjonalia, a następnie fortepian.

 

Równie eksperymentalne jest zahaczające o oniryzm „I See You in My Dreams”, a to wszystko dzięki wstępowi mieszającemu ambient z przepiękną wokalizą. Z każdą kolejną minutą dochodzą kolejne instrumenty (smyczki, elektronika, zmodyfikowane głosy), tworząc taką atmosferę, której słowa – choćby najbardziej wykwintne i wyrafinowane – nie są w stanie opisać. Choć utwór trwa niecałe 19 minut (!!!!), to, mimo pozorów monotonii, wciąga niczym czerwie pustynny piach, by na finał zaatakować żeńskim chórem.

 

Niejako w kontrze prezentuje się „House Atreides” – delikatna, jakby celtycka wokaliza budzi skojarzenia z... „Władcą Pierścieni” (troszkę na wyrost). A potem wchodzi gwałtownie perkusja i zaczynają przygrywać dudy oraz gitara elektryczna. Wybór pierwszego instrumentu niemiecki maestro tłumaczył tym, że planeta rodu Atrydów przypominała wizualnie Irlandię. I użycie tego instrumentu nie wywołuje zgrzytu z resztą dźwięków (kotły, perkusja, tybetański śpiew alikwotowy), a nawet bardziej podkreśla on majestat i pochodzenie rodu (szczególnie od 5:25 minuty). W finale zaś wracamy do początku, czyli do spokojnej wokalizy, stanowiącej interesującą klamrę.

 

Początek „The Shortening of the Way” potwierdza inspiracje kulturą arabską (Fremeni) z bardzo specyficznymi instrumentami oraz równie charakterystyczną wokalizą. Brzmi to jak sen, z którego nagle zostajemy zbudzeni mocniejszymi, bardziej epickimi dźwiękami dęciaków oraz dziwnym... szumem. Albo ekscentrycznie przemielonymi smyczkami, które wpierw świdrują mocno uszy, a potem agresywnie mieszają się z perkusjonaliami i wokalizami. Na podobnym dysonansie (powolny początek i intensywniejsza reszta) działa „Paul’s Dream” z onirycznym wstępem budowanym przez wokalizy – w przeciwieństwie do niemal kontemplacyjnego „Moon Over Kaladan”, gdzie pod koniec pojawia się zapętlony walc. Etniczne wstawki zabarwiają „Shai-huluda” (tak Fremeni nazywają pustynne czerwie), w którym przewija się także zniekształcony głos (obecny jeszcze w mocno zniekształconym „Mind-killer” z drugą połową w agresywno-dyskotekowym stylu).

 

Ku mojemu zaskoczeniu Zimmer miejscami stylem zahacza o to, co napisał zespół Toto w kinowej adaptacji z 1984 roku. W żadnym wypadku nie używa napisanych przez nich tematów, lecz poszczególne instrumenty (m.in. gitarowe riffy) przywołują podobne skojarzenia oraz atmosferę. Jeśli to jest podbudowa pod score, zapowiada się on bardzo smakowicie. Już na tym albumie muzyka jest świetna, a jej czas trwania zupełnie nie przeszkadza. Zdecydowany powrót mistrza do formy wręcz olimpijskiej.

Autor recenzji: Radosław Ostrowski


CD 1

01.

Song of the Sisters

02.

I See You in My Dreams

03.

House Atreides

04.

The Shortening of the Way

05.

Paul’s Dream

06.

Moon Over Caladan

07.

Shai-hulud

08.

Mind-killer

09.

Grains of Sand

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz