• 007: Die Another Day – remastered and expanded
  • Arthur Christmas
  • Star Wars, Episode VIII: The Last Jedi
  • Brimstone
  • Silence

Robin Hood

data publikacji: 18/07/2010

Robin Hood

Robin Hood

"...zabarwiona przyjemnym dla ucha, folkowym klimatem i celtyckimi brzmieniami..."

Kompozytor: Marc Streintenfeld

Rok produkcji: 2010

Wytwórnia: Varese Sarabande

Czas trwania: 51:20 min.

 

Jeszcze kilka lat temu filmy Ridleya Scotta mogły poszczycić się nie tylko świetną fabułą, wyrazistymi postaciami, czy przepiękną stroną wizualną, ale również doskonałą muzyką. Wielokrotna współpraca z takimi tuzami, jak Jerry Goldsmith, Vangelis, czy Hans Zimmer zaowocowała wspaniałymi ścieżkami dźwiękowymi, które złotymi nutami wpisały się do historii muzyki (nie tylko) filmowej. Tylko, że to było kiedyś... Aktualnie zaś daleki od porównywalnych sukcesów jest Marc Streitenfeld – obecny protegowany Scotta, który wyparł ze stołka "nadwornego kompozytora" samego Zimmera, pod którego skrzydłami zresztą zaczynał swój american dream. "Robin Hood" jest już jego czwartą (po "A Good Year", "American Gangster" i "Body of Lies") współpracą z tym reżyserem. I tak jak poprzednie, tak i ta jakoś szczególnie nie zachwyca – choć tym razem pole do popisu było znacznie większe.

Nie bez powodu najnowszy film sir Scotta już przed premierą nazywany był drugim "Gladiatorem". Niestety, najnowszą wersję przygód legendarnego rzezimieszka z Nottingham można co najwyżej nazwać "Gladiatorem dla ubogich", gdyż nie oferuje widzowi nawet połowy doznań, co tamto epickie widowisko. A i w porównaniu z dotychczasowymi filmami o Robinie produkcja ta prezentuje się średnio. Samej muzyce również bardzo daleko do poziomu prac Korngolda czy Barry’ego (bo o Kamenie i zespole Clannad nie ma nawet co wspominać). Kompozycję Streitenfelda można potraktować, jako słabszą i uboższą wersję partytur do poprzednich fresków historycznych brodatego Anglika, czyli "Królestwa niebieskiego" i wspomnianego "Gladiatora".

Niestety, nadmienione tytuły nie były jedyną inspiracją nieogolonego Niemca przy tworzeniu tej partytury. O ile wcześniej próbował on jakoś przemawiać własnym głosem (co chyba najlepiej wyszło w lekkim, odprężającym "Dobrym roku"), o tyle w "Robin Hoodzie" zbyt często daje się słyszeć kopiowanie Zimmera, oraz całego stylu Media Ventures jako takiego. Wyszło to zresztą dość nieudolnie, co słychać zwłaszcza w bezbarwnej i płaskiej muzyce akcji, która wręcz razi swoją sztucznością i brakiem efektywności. Do tego dochodzi długość poszczególnych utworów – minuta lub dwie, zupełnie jakby kompozytor nie miał pomysłu na dłuższy i bardziej złożony action score. Jasnym punktem tegoż zdaje się być jedynie "Siege" z ciekawą aranżacją motywu Robina.

Tenże motyw jest zresztą kompozycją przewodnią całej partytury, wobec czego pojawia się dość często – tak w filmie, jak i na płycie. Usłyszeć możemy go już w utworze "Destiny", a w pełnej okazałości prezentuje się w "Fate Has Smiled Upon Us". To dobry, chwytliwy kawałek, ale słuchając go ma się nieprzyjemne uczucie deja vu. Nie bez powodu – melodia ta jest uderzająco podobna do utworu "Arrival to Earth" z "Transformers" Stefcia Jabłonki. Streitenfeld ma więc albo specyficzne poczucie humoru, albo po prostu cierpi na zaniki pamięci i zaburzenia słuchu, skoro motyw dla średniowiecznego bohatera stworzył w oparciu o muzykę do filmu o gigantycznych robotach z kosmosu. Jakkolwiek by tego nie tłumaczyć, to jednak niesmak pozostaje – nawet mimo ogólnej fajności obu tematów.

Na całe szczęście nie oznacza to od razu, że jest to jedna wielka muzyczna porażka, od której najlepiej trzymać się z daleka. Gdy odrzucić zarówno punkt odniesienia do innych ścieżek, jak i natchnione kopie kopistów (które przynajmniej po części zasugerował sam reżyser i/lub producenci), to otrzymać można niezgorszy soundtrack, który w miarę dobrze sprawdza się w filmie, a i poza nim prezentuje się OK. Szczególnie nieźle Streitenfeld radzi sobie w sferze lirycznej, która może też jakoś wielce oryginalna nie jest, ale robi niepomiernie większe wrażenie i posiada spory ładunek emocjonalny. Dodatkowo jest ona zabarwiona przyjemnym dla ucha, folkowym klimatem i celtyckimi brzmieniami, które dodają tej muzyce tak potrzebnego zróżnicowania i kolorytu. Najlepszym tego przykładem jest świetne, wieńczące płytę i film "Merry Men", w którym nie razi nawet wpleciona weń nuta Robina.

Nieco trudniej sklasyfikować jest motyw czarnego charakteru – Godfreya. Na pewno udało się stworzyć dość charakterystyczny, złowrogo narastający temat, który jednak na dłuższą metę staje się zwyczajnie irytujący. Choć utwór o tej nazwie prezentuje się ciekawie i intrygująco, to jednak sam temat pojawia się zbyt często, przez co zaczyna męczyć – szczególnie, że Streitenfeld nie zadał sobie najmniejszego trudu, aby choć trochę go przearanżować, czy podrasować w odpowiednich momentach. Nie, on go nuta po nucie powtarza co jakiś czas. Lecz mimo to, jest to i tak, obok dramatycznego "Nottingham Burns", jeden z najciekawszych i najbardziej pomysłowych fragmentów partytury.

Generalnie nie można powiedzieć, że nie było pomysłu na ten score. Wady "Robin Hooda" A.D. 2010 wynikają przede wszystkim z braków warsztatowych i nieobycia muzycznego Streitenfelda. Najwidoczniej nie był jeszcze gotowy na (z założenia) epicki film kostiumowy, któremu to wyzwaniu sprostał połowicznie. Napisał on co prawda muzykę poprawną, miejscami przyjemną w odbiorze, ale nic ponadto. W dodatku jego ilustracja sporo traci na tle innych kompozycji do filmów Scotta i/lub tych o zakapturzonym Robinie. Tak więc można spokojnie sięgnąć po tę płytkę, ale też nie należy oczekiwać po niej "drugiego Gladiatora".

Autor recenzji: Maciej Wawrzyniec Olech, Mefisto


CD 1

01.

Destiny

02.

Creatures

03.

Fate Has Smiled Upon Us

04.

Godfrey

05.

Ambush

06.

Pact Sworn in Blood

07.

Returning the Crown

08.

Planting the Fields

09.

Sherwood Forest

10.

John is King

11.

Robin Speaks

12.

Killing Walter

13.

Nottingham Burns

14.

Siege

15.

Landing of the French

16.

Walter's Burial

17.

Preparing for Battle

18.

Charge

19.

Clash

20.

The Final Arrow

21.

The Legend Begins

22.

Merry Men

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3  

Mr.Smith 23-11-2013, 23:24

jak można RH Scotta porównywać do Gladiatora,toć to kompletnie inne historie ,nie mające nic wspólnego.Porównując muzykę nie ma co porównywać -za duża różnica artystyczna.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz