• Highwaymen, The
  • Tom à la ferme
  • State of Play
  • Isle of Dogs
  • BlacKkKlansman

First Man

data publikacji: 25/02/2019

Pierwszy człowiek

First Man

"...Hans Zimmer spotyka Philipa Glassa..."

Kompozytor: Justin Hurwitz

Rok produkcji: 2018

Wytwórnia: Back Lot Music

Czas trwania: 67:57 min.

 

Neil Armstrong – to nazwisko znają nie tylko osoby zainteresowane historią astronautyki. Pierwszy człowiek, który stanął na Księżycu (choć fani teorii spiskowych mają swoje zdanie w tej kwestii) długo musiał czekać na filmową biografię. W końcu podjął się jej Damien Chazelle, dotychczas kojarzony z filmami o... muzyce i z muzyką w tle, tu wspierany m.in. przez samego Stevena Spielberga na producenckim krześle. O dziwo ten skok na głęboką wodę okazał się dużym zaskoczeniem, gdyż – mimo sporego budżetu – jest to bardzo kameralne kino z kilkoma mocnymi fragmentami w niemal paradokumentalnym stylu. Potrafi trzymać w napięciu, zachwycić realizacją (głównie udźwiękowieniem), bardzo dobrym aktorstwem i wprowadzić w taki stan immersji, jakiego nie było od czasu „Grawitacji”.

 

Tak samo poważnym wyzwaniem było napisanie muzyki przez Justina Hurwitza. Maestro po raz pierwszy musiał opuścić swoją bezpieczną strefę, nie sięgając po jazzowy entourage, By osiągnąć cel nauczył się orkiestracji oraz dyrygowania, co świadczy o dużych ambicjach. I jeszcze jedno: Amerykanin postanowił także wpleść do muzyki elektronikę za pomocą klasycznych syntezatorów z lat 60. (w tym Mooga).

 

Trzeba przyznać, że pierwsze dźwięki bardziej przypominają film SF niż typową, hollywoodzką biografię. Eksperymentalne, wręcz ambientowe tło, ze świdrującymi smyczkami sprawia wrażenie czegoś nierzeczywistego. Takie są „X-15” oraz „Good Engineer” – dość krótkie, ale tworzą bardzo niepokojący klimat. Czy to oznacza, że maestro postanowił zrezygnować z bazy tematycznej? Nic z tych rzeczy, bo dostajemy aż trzy motywy i, o dziwo, – początkowo są one grane na... harfie, która niejako odpowiada tutaj za warstwę liryczną.

 

Pierwszy motyw dotyczy córki Neila i po raz pierwszy pojawia się w „Karen”. Jest on bardzo delikatny, wspierany przez smyczki w tle, ale ma w sobie coś optymistycznego. Melodia ta później parę razy powróci, wykorzystując m.in. theremin, brzmiący tutaj niczym... głos dziecka („It’ll Be an Adventure”), co jest sprytnym zabiegiem. Tą melodię słychać jeszcze choćby w onirycznym „Squawk Box”.

 

Drugi motyw należy do samego Armstronga, który w interpretacji Ryana Goslinga jest wycofany, stonowany, wręcz oschły. Sama melodia obecna w „Armstrong Cabin” jest bardzo melodyjna, wręcz transowa (dwie harfy grające obok siebie). Zapętla się, aby pokazać determinację bohatera w realizacji swojego celu, co podkreśla dodatkowo pojawiający się pod koniec theremin. Ten temat słychać m.in. w niemal kołysankowym „Sextant”, z użyciem nieprzyjemnego Mooga, czy w wyciszonym „The Armstrongs”.

 

Trzeci motyw dotyczy szkolenia Armstronga przez NASA i tutaj jest troszkę bardziej chropowato. Melodia jest znacznie mocniejsza, prowadzona przez gitarę oraz pulsującą elektronikę, buduje poczucie niepewności. Przy okazji pokazuje, jak wiele wysiłku wymagało dokonanie tego historycznego lotu. Takie kompozycje jak „Another Egghead” czy „Multi-Axis Trainer” (dorzucone dęciaki) mogą brzmieć bardzo kontrastowo, ale to zderzenie daje kopa. Tak samo jak bardziej dynamiczna wersja na perkusję, smyczki oraz delikatne flety („Houston”), niemal mechaniczne „First to Dock” (gęsto używana elektronika) czy opierające się na tym motywie „End Credits”.

 

Jak już wspominałem na początku maestro korzysta z elektroniki, zaś te fragmenty ilustrują sceny związane z lotami, przygotowaniami do nich oraz pokazują niesamowite widoki nieogarniętej przestrzeni. I wtedy Hurwitz pozwala sobie na parę eksperymentów, które w połączeniu z obrazem tworzą mocną kombinację. Najbardziej we fragmentach dotyczących misji Gemini 8: „Searching for the Aegina” (mroczna kombinacja elektroniki z alarmującą perkusją blisko końca), „Docking Waltz” (niemal Wagnerowski walczyk, przeplatający żywą orkiestrę z thereminem i elektroniką) oraz wyjątkowo agresywnym „Spin”, jakiego nie powstydziłby się żaden film grozy w konwencji SF. Niestety, pojawia się tutaj także sporo tapety, mającej swoje miejsce tylko na ekranie („Naha Rescue 1”, „Elliott” czy „News Report”).

 

To wszystko jest jednak tylko podbudową do tego, na co czekaliśmy przez cały film – lądowania na Księżycu. Pierwszym zapalnikiem jest „Apollo 11 Launch”, któremu blisko do... „Lotu 93” (czyżby kompozycja Powella była temp-trackiem tej sceny?), co słychać w wykorzystaniu elektroniki ilustrującej dwie sprzeczności: moment triumfu (smyczki, dęciaki) i jednoczesnej obawy, że coś może pójść nie tak (perkusja, syntezatory). Z każdą sekundą utwór staje się intensywniejszy i wręcz monumentalny. Po drodze mamy jeszcze trzy krótkie fragmenty z elektroniką na pierwszym planie, zwieńczone uderzającym „The Landing”. To jest tak naprawdę temat Armstronga w niemal gargantuicznej formie: Hans Zimmer spotyka Philipa Glassa. Temat prowadzą smyczki w stanie zapętlenia, zaś w tle dochodzą kolejne instrumenty (werble, harfa, dęciaki), podkręcając adrenalinę, by w środku doprowadzić do eksplozji w postaci tematu Karen na przepiękne smyczki z dęciakami (prawie jak w „Ostatnim Mohikaninie”), a następnie wszystko wraca niejako do punktu wyjścia.

 

Pewnym urozmaiceniem ilustracji są dwa utwory źródłowe. Pierwszym jest obecne tylko na fizycznym albumie „Lunar Rhapsody” Lesa Baxtera, gdzie na thereminie gra sam doktor Samuel J. Hoffmann, będący – przynajmniej według twórców – ulubionym utworem Armstronga. Drugi zaś to nawijane przez Leona Bridgesa „Whitey on the Moon” z bębenkami w tle. Artysta wypowiada tutaj swój sprzeciw wobec organizowania tak drogiej eskapady jak lądowanie na Księżyc, zamiast wykorzystania tych pieniędzy na pomoc dla biednych mniejszości.

 

Jeśli ktoś spodziewał się, że nowe dzieło Justina Hurwitza będzie czymś w stylu „Apollo 13” czy nawet „Pierwszego kroku w kosmosie”, musiał się ogromnie rozczarować. W samym filmie muzyka zazwyczaj pełni rolę słyszalnego tła (wyjątkami od tej reguły są highlighty w postaci „The Landing” czy „Apollo 11 Launch”, które perfekcyjnie łączą się z obrazem). Tylko że bez tego tła ten film wydawałby się troszkę pusty. Zdarzają się pewne fragmenty czystej tapety, niemniej dzieło Hurwitza intryguje, parę razy zaskakuje i przypomina eksplorowanie nowych miejsc, o jakich można tylko pomarzyć. Słuchając tej ścieżki próbować zmienić owe marzenia w rzeczywistość.

Autor recenzji: Radosław Ostrowski


CD 1

01.

X-15

02.

Good Engineer

03.

Karen

04.

Armstrong Cabin

05.

Another Egghead

06.

It’ll Be an Adventure

07.

Houston

08.

Multi-Axis Trainer

09.

Baby Mark

10.

Lunar Rhapsody – Dr. Samuel J. Hoffman feat. Les Baxter

11.

First to Dock

12.

Elliot

13.

Sextant

14.

Squawk Box

15.

Searching for the Aegena

16.

Docking Waltz

17.

Spin

18.

Naha Rescue 1

19.

Pat and Janet

20.

The Armstrongs

21.

I Oughta Be Getting Home / Plugs Out

22.

News Report

23.

Dad’s Fine

24.

Whitey on the Moon – Leon Bridges

25.

Neil Packs

26.

Contingency Statement

27.

Apollo 11 Launch

28.

Translunar

29.

Moon

30.

Tunnel

31.

The Landing

32.

Moon Walk

33.

Home

34.

Crater

35.

Quarantine

36.

End Credits

37.

Sep Ballet (bonus track)

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz