• Man with One Red Shoe, The – Limited Edition
  • Swiss Army Man
  • Born To Be Blue
  • Miss Sloane
  • Hoax, The

Michael Clayton

data publikacji: 02/01/2008

Michael Clayton

Michael Clayton

"...surowe brzmienie i osobliwy klimat..."

Kompozytor: James Newton Howard

Rok produkcji: 2008

Wytwórnia: Varese Sarabande

Czas trwania: 38:35 min.

 

Michael Clayton to zarazem imię bohatera, jak i tytuł debiutanckiego filmu Tony’ego Gilroya – wcześniej znanego choćby jako scenarzystę trylogii o Jasonie Bourne. Mimo wielkich nazwisk w obsadzie, dużego napięcia fabularnego i złożonej opowieści, jest to produkcja bardzo kameralna i minimalistyczna, jak na Hollywood. I dokładnie taką muzykę otrzymała za ilustrację.

Tym zajął się James Newton Howard – w ostatnich latach jeden z najbardziej zapracowanych amerykańskich kompozytorów – i jest to druga jego kolejna praca, którą przyszło mi określić słowem ‘minimalizm’. Wcześniejszą (a chronologicznie późniejszą) było rzecz jasna wysokobudżetowe "I am Legend". I choć obie ścieżki mają ze sobą wiele wspólnego, to jednak tutaj minimalizm został osiągnięty innymi środkami i ze zgoła innych powodów.

Podczas gdy w "Jestem legendą" było to zgrabne połączenie orkiestry z elektroniką, tu Howard operuje w zasadzie już tylko tym drugim. Tam minimalizm miał zobrazować osamotnienie głównego bohatera, jego niepewność bytu – tutaj bohater przechodzi stosowną przemianę w osamotnionej walce z wielkimi tego świata, a i sam nie jest tak krystalicznie czysty, jak postać Willa Smitha. W tamtym filmie mamy do czynienia z upadkiem ludzkości, opustoszałymi ulicami wielkiego miasta, podczas gdy "Michael Clayton" jest bardzo zindustrializowany, a jedyna "pustka" i cisza zdaje się panować z dala od zgiełku miejskich molochów. W końcu tam Howard zaoferował nam znacznie więcej, niż tylko tło do działań fabularnych, a tu muzyka stanowi dokładnie takie tło – jest jednostajna, chwilami intymna i w zasadzie eteryczna, gdyż bezustannie otacza ona bohaterów, niczym wysokie budynki widziane w większości scen.

Także surowe brzmienie i osobliwy klimat tej pracy bardziej przypomina mi trylogię Bourne’a (w szczególności jego Ultimatum), a z wcześniejszych prac Howarda słabo znane "Falling down" (gdzie szkielet opowieści jest bardzo podobny). Przede wszystkim nieuniknione są jednak porównania do młodszego o rok "United 93" Powella. W obu tych filmach muzyka stanowi głównie bezosobowe i pozbawione większych emocji tło – dzieje się tak, gdyż stanowić ma ona tylko (niemal czysto dokumentalny) opis, a nie opowiadać się za którymś z bohaterów czy jego działaniami. I choć w "Michaelu Claytonie" sympatyzowanie z główną postacią jest poniekąd konieczne, to muzyka nie daje nam ku temu absolutnie żadnych powodów.

 

Sam temat główny jest wprawdzie całkiem ciekawy, ale zbyt smutny i za toporny, żebyśmy mogli automatycznie go przyswoić i poddać odpowiedniej ocenie. Dlatego też jedyne emocje, jakie ta muzyka wywołuje posiadają dwa ujścia. Jedno tyczy się scen akcji, w których szybki montaż i niespodziewane rozwiązania fabularne zaskakują widza, przykuwając jego uwagę do ekranu. Na płycie jest to w zasadzie co druga ścieżka – czasem w każdej coś takiego się dzieje – acz najlepszym przykładem będzie chyba duet "Mr. Verne" i "I'm Not The Guy You Kill", gdzie muzyka wyraźnie przyśpiesza dopiero pod sam koniec, stając się przez to bardziej ciekawsza i bardziej wartościowa niż wydawało się przez dotychczasowe 2/3 utworu (z tym, że ten drugi jest wyraźnie zbyt długi, aby odniosło to skutek na słuchaczu).

Drugie ujście osadzono w relacjach pomiędzy Michaelem a Arthurem i konsekwencjach tychże. W filmie widać pomiędzy nimi zalążek przyjaźni, a sam Arthur jest chyba jedyną osobą, na której zależy Michaelowi – nie mówiąc już o tym, że to dzięki niemu Michael zmienia swoje poglądy i postawę. Także muzyka zmienia się z tej okazji, co widać chyba najbardziej w dwóch ścieżkach – na początku "Times Square" (które w drugiej połowie zmienia się w podobny action score, co we wspomnianych wcześniej utworach) i w bardzo ładnym "Arthur & Henry". To jedyny moment, gdzie możemy naprawdę odetchnąć od elektronicznych tąpnięć i innych eksperymentów – kompozytor proponuje nam rodzaj smutnej kołysanki rozpisany na syntezatory i keyboard. Naprawdę ładny kawałek muzyki, w którym wyraźnie widać, że nawet przy takiej ilustracyjnej tapecie, Howard jest w stanie dodać coś od serca.

Pozostałe ścieżki to jednak już tylko jedno wielkie tło, które ma działać (i wg mnie działa wyśmienicie) przede wszystkim w filmie. Na płycie – poza pewnymi fragmentami w rodzaju żywszych i bardziej złożonych ścieżek, w których naprawdę coś się dzieje ("Main Titles", "Drive To The Field", końcowe "25 Dollars Worth", czy wspomniane wcześniej "I'm Not The Guy You Kill") – nie nadaje się zbytnio do słuchania. Ale przecież nie taki był cel tej muzyki... Oceniając "Michaela Claytona" – i decyzję Amerykańskiej Akademii, która nominowała tę pracę do statuetki złotego rycerza – należy pamiętać głównie o jej roli w filmie. I za to stawiam właśnie solidną trójkę, która jest zwykłą wypadową trzech czynników – sprawunku na ekranie, sprawunku na płycie i samej pracy, jako takiej (nazwijmy to oryginalnością albo po prostu zwykłym ‘duchem’, jaki od niej bije). Polecać absolutnie nie mam zamiaru – choć zapewne parę osób coś tu dla siebie znajdzie (zupełnie jak przy "United 93"), to większość nawet nie powinna zaczynać szukać.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Main Titles

02.

Chinatown

03.

Drive To The Field

04.

Just Another Day

05.

Meeting Karen

06.

Looking For Arthur

07.

U North

08.

Arthur & Henry

09.

Times Square

10.

Mr. Verne

11.

I'm Not The Guy You Kill

12.

Horses

13.

25 Dollars Worth

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz