• Old Man & The Gun, The
  • Loving
  • Hurricane
  • 007: World is Not Enough, The – remastered and expanded
  • Dressmaker, The

Cure for Wellness, A

data publikacji: 14/12/2018

Lekarstwo na życie

Cure for Wellness, A

"...interesująca, pełna klasy oraz klimatu..."

Kompozytor: Benjamin Wallfisch

Rok produkcji: 2017

Wytwórnia: Milan

Czas trwania: 49:51 min.

 

Zanim Gore Verbinski wypłynął na Karaiby z piratami, stworzył remake azjatyckiego horroru „The Ring”. Po kilku blockbusterach – w tym komercyjnej wtopie „Jeździec znikąd” – postanowił powrócić do kina grozy w zrealizowanym dla 20th Century Fox „Lekarstwie na życie”. Historia młodego korporacyjnego chłopaka, który wyrusza do sanatorium, by znaleźć swojego szefa wywołała we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo wyrafinowany wizualnie, z aurą tajemnicy, ale sama fabuła jest tak idiotyczna, że aż trudno w nią uwierzyć. Kosztujący 40 mln dolców film okazał się kasową porażką i raczej nie zapowiada się, żeby Verbinski mógł wrócić do łask hollywoodzkich producentów.

 

Troszkę szkoda, bo jest tutaj kilka udanych elementów, które się wybijają, jak scenografia, kostiumy i zdjęcia. Także muzyka jest bardzo mocną zaletą, a napisał ją małowówczas znany Benjamin Wallfisch. Anglik wcześniej pracował jako dyrygent i orkiestrator u Dario Marianelliego (m.in. przy „V jak Vendetta” czy „Annie Kareninie”) oraz autor muzyki dodatkowej dla Hansa Zimmera („Zniewolony”, „Dunkierka”), zaś debiutował jako samodzielny kompozytor głośną w owym czasie „Moją drogą Wendy” z 2005 roku. Ale dopiero 2016 rok stał się punktem zwrotnym. I jak sobie poradził w tej ambitnej próbie?

 

Kośćcem dźwiękowym są tutaj dwa tematy związane z kluczowymi postaciami fabuły: kierującym ośrodkiem doktorem Volmera oraz przebywającej w budynku bardzo młodej Hannah (co w porównaniu z innymi rezydentami jest bardzo zadziwiające). Dziewczyna otrzymuje bardzo piękną melodię w tonie kołysanki, z wokalizą łudząco podobną do „Dziecka Rosemary” (ale nie przepisaną jeden do jeden). Z kolei Volmer dostał bardzo niepokojącą melodię prowadzoną przez fortepian oraz płynące smyczki, na finał serwującą wiolonczelę z bardzo nisko grającym fletem. Te dwa motywy często powracają.

 

Ponieważ jest to horror, to motyw Volmera pomaga w budowaniu atmosfery grozy. Maestro bardzo elegancko ubiera temat medyka choćby w kapitalnym walcu „Feuerwalzer” (chociaż uderzenia perkusji oraz rozciągnięte dęciaki bardzo przypominają dokonania nowego pryncypała Anglika), czy w bardziej wyciszonym „The Rite”, z mocnym, mantrycznym chórem na początku oraz niemal basową perkusją w tlem, przechodzącą do eleganckiego walca. Kontrastem do tego mroku jest dynamiczniejsze „Volmer Institut” i pełne cymbałkowo-perkusjonalnego wstępu „Volmer Institute”, w którym grajace w tle smyczki są opozycją dla niemal pogodnych dźwięków, co stanowi przyjemną odskocznię od reszty pracy.

 

Nie brakuje też intensywnej gry smyczków, które wręcz pędzą na złamanie karku,  (zamykające film „Actually I’m Feeling Much Better” ze śladową ilością elektroniki), bardzo wolnych dźwięków fortepianu znanych z „The Ring” („Terrible Darkness”, „Lipstick”), niepokojących wokaliz (końcówka „Clearly He’s Lost His Mind”), wejść chóru („Volmer Institute”), czy pulsującej elektroniki (początek „Our Thoughts Exactly”). Trzeba przyznać, że te fragmenty w sporej części bronią się mieszankami różnych pomysłów oraz aranżacji, jak intensywne solo w „Lipstick” czy niezwykle dynamiczne „Zutritt Verboten”.

 

Co ciekawe, sam bohater główny został pozbawiony jakiejkolwiek muzycznej reprezentacji, co jest sporą niespodzianką. Jakby postać grana przez Dane’a DeHaana była jedynie pozbawionym własnego charakteru pionkiem. Instrumentalna wersja wokalizy buduje tu liryczną stronę score’u („Magnificent Isn’t It?”, „Volmer’s Lab”), chociaż ten ogółem niepozbawiony jest melancholii (końcówka „Clearly He’s Los His Mind”).

 

Na finał dostajemy bardzo delikatną piosenkę w niemal akustycznym entourage’u, który wydaje się nie pasować do całości (pewnie dlatego pojawia się na szarym końcu).Ale potem wchodzą smyczki i nagle wszystko zaczyna nabierać innego posmaku, zaś sam wokal jest niezwykle tajemniczy.

 

Choć Wallfisch w kinie grozy pojawiał się później jeszcze nie raz („To”, „Annabelle”), to żadna jego praca nie jest tak interesująca, pełna klasy oraz klimatu jak „Lekarstwo...”. Ale wydanie płytowe ma jeden, dość poważny problem. Fragmenty z finału filmu zostają zaserwowane na samym początku płyty, co nie tylko zaburza chronologię, ale odsłania najmocniejsze karty przed grą o wyższą stawkę. Niemniej sama muzyka bardzo dobrze prezentuje się w filmie, potęgując aurę tajemnicy i podskórne poczucie zagrożenia, nawet jeśli czuć w niej wyraźne wpływy Zimmera. Mocna czwóreczka.

Autor recenzji: Radosław Ostrowski


CD 1

01.

Hannah and Volmer

02.

Nobody Ever Leaves

03.

Bicycle

04.

The Rite

05.

Feuerwalzer

06.

Magnificent, Isn’t It

07.

Actually I’m Feeling Much Better

08.

Cleary He’s Lost His Mind

09.

Our Thoughts Exactly

10.

Volmer Institut

11.

Terrible Darkness

12.

Lipstick

13.

Waiting

14.

Zutritt Verboten

15.

There’s Nothing Wrong with You People

16.

Lockhart’s Letter

17.

Volmer’s Lab

18.

I Wanna Be Sedated – Mirel Wagner

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 5  

PrzeMek 17-12-2018, 11:58

Ponieważ jest to horror... Bardziej baśń dla dorosłych


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz