• John Wick: Chapter Two
  • King Arthur: Legend of the Sword
  • Robin Hood: Prince of Thieves – expanded
  • Morgan
  • Assassin’s Creed

King Arthur: Legend of the Sword

data publikacji: 09/02/2018

Król Artur: Legenda miecza

King Arthur: Legend of the Sword

"...średniowieczne instrumentarium zmieszane ze współczesnym bitem..."

Kompozytor: Daniel Pemberton

Rok produkcji: 2017

Wytwórnia: WaterTower Music

Czas trwania: 91:31 min.

 

Król Artur – legendarny władca Brytanii to postać inspirująca twórców popkultury do dziś. Bardziej brytyjski od niego jest tylko Winston Churchill, o którym też powstało wiele filmów. W 2017 własną wersję mitu arturiańskiego postanowił sprezentować Guy „Ostre cięcie” Ritchie. Obsadził w tytułowej roli Charliego Hunnama, zebrał ponad 150 mln dolców budżetu i... osiągnął spektakularną klapę. I szczerze mówiąc, nie do końca podzielam zdanie krytyki oraz widowni zza Wielkiej Wody, chociaż czynników porażki było kilka (długi proces realizacji – projekt ogłoszono w 2014 roku, niezgodność z realiami, mało rozpoznawalna obsada, za duży budżet itp.). Dla mnie to jednak była znakomita rozrywka w charakterystycznym stylu reżysera, mieszającego kino fantasy z elementami gangsterskiego portretu półświatka, zrobiona z nerwem i jajami.

 

Słychać to także w ścieżce dźwiękowej. Epicki rozmach, potężne brzmienie orkiestry, bogactwo dźwięków oraz piękny styl okraszony średniowiecznymi instrumentami – gdyby taką muzykę stworzono, to nie byłby film Guya Ritchie. Daniel Pemberton miał bardzo trudne zadanie, przez co poszedł w zupełnie innym kierunku, wrzucając kilka pozornie nie pasujących do siebie składników do swojego kociołka. Czy score ma w sobie moc magicznego napoju legendarnego druida Panoramiksa? Jedno nie ulega wątpliwości: w filmie ta muzyka sprawdza się znakomicie, budując klimat oraz podnosząc adrenalinę tam, gdzie trzeba. Średniowieczne instrumentarium zmieszane ze współczesnym bitem – czy to mogło nie wypalić?

 

Że jest moc, to czuć już w utworze tytułowym, który powoli się rozkręca, nabierając dużej dawki energii (motyw ten powraca w „Journey to the Caves” i „King Arthur: The Coronation”). Gitary, potężne smyczki, dęciaki, marszowa perkusja oraz elektronika – jak tego nie pokochać? Podobny kopniak daje „Growing Up Londinium”, ilustrujące losy Artura od dzieciaka do dorosłego, a dorzucające w tle jeszcze sapanie (jak po ciężkim biegu) oraz wrzaski (jakby kogoś obdzierano ze skóry lub torturowano); a także oparty na tej samej konstrukcji rozbuchany „Run Londinium”. Akcją cały film stoi, więc nie brakuje dynamicznych fragmentów zrobionych z głową. Mocno w uszy rzucają się wpływy Ennio Morricone („The Story of Mordred” to w zasadzie mocno przearanżowany temat Harmonijki z „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”), a w całość zostają wplecione takie drobiazgi, jak brzęk monet i gwizdy („Assassins Breathe”), flety (rozpędzona końcówka „Tower & Power”) i odbijający się niczym echo bas („The Darklands”).

 

O dziwo, znalazło się też miejsce na bardziej liryczną stronę, pokazującą pewne wewnętrzne rozdarcie przyszłego króla oraz jego mroczną tajemnicę. Objawia się już w „From Nothing Comes a King” z motywem pięknie granym na skrzypcach. Melodia ta nabiera czasami większego rozmachu (końcówka „The Legend of Excalibur”) oraz silniejszego ładunku emocjonalnego („The Born King”). W ten nurt wpisuje się też melancholijno-mroczne „Revelation”.

 

Żeby jednak nie było tak słodko, to środek wydawnictwa zalewa mroczny, nieprzyjemny w słuchaniu underscore. Miejscami przypomina mniej przystępne fragmenty Hansa Zimmera (niemal świdrujące smyczki w pulsującym „Fireball”) czy oparte na bardzo oszczędnych dźwiękach (dzwony w „Vortigen and the Sirens”) lub wolno opadających skrzypcach niemal horrorowe granie. Jakby tego było mało, trafią się jeszcze elektroniczne przestery („The Lady in the Lake”), dudy („The Politics & the Life”) czy wokalizy („Vortigen and the Sirens”, „Camelot in Flames”), ale nawet one nie są w stanie złagodzić charakteru tych fragmentów.

 

Nie wiem, kto wpadł na pomysł wrzucenia całej muzyki z filmu, ale ponad 90 minut to dużo za dużo. Pemberton potwierdza swoje nieszablonowe podejście do muzyki filmowej i „Król Artur...” bez jego muzyki byłby jak król bez miecza. Jednak album cierpi na obecnie największy grzech wydawania – jest za długi, zbyt opasły (bonusy można było spokojnie odpuścić) i w środku męczy underscorem. Ale nie mam sumienia, by dać mniej niż cztery, bo inaczej poczułbym (na sobie) moc Excalibura.

Autor recenzji: Radosław Ostrowski


CD 1

01.

From Nothing Comes a King

02.

King Arthur: Legend of the Sword

03.

Growing Up Londinium

04.

Jackseye's Tale

05.

The Story of Mordred

06.

Vortigen and the Syrens

07.

The Legend of Excalibur

08.

Seasoned Oak

09.

The Vikings & The Barons

10.

The Politics & The Life

11.

Tower & Power

12.

The Born King

13.

Assassins Breathe

14.

Run Londinium

15.

Fireball

16.

Journey to the Caves

17.

The Wolf & The Hanged Men

18.

Camelot in Flames

19.

The Lady in the Lake

20.

The Darklands

21.

Revelation

22.

King Arthur: Destiny of the Sword

23.

The Power of Excalibur

24.

Knights of the Round Table

25.

King Arthur: The Coronation

26.

The Devil & The Huntsman – Sam Lee

27.

The Ballad of Londinium (Bonus Track)

28.

Riot & Flames (Bonus Track)

29.

Cave Fight (Bonus Track)

30.

Anger (Bonus Track)

31.

Confrontation with the Common Man (Bonus Track)

32.

The Devil & The Daughter (Bonus Track)

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 5  

Tomasz 12-02-2018, 23:15

Jak dla mnie ścieżka roku 2017.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz