• Split
  • Ballerina
  • Secret Life of Pets, The
  • Storks
  • Trolls

Cocoon

data publikacji: 25/06/2016

Kokon

Cocoon

"...skupia się przede wszystkim na budowaniu klimatu..."

Kompozytor: James Horner

Rok produkcji: 1985

Wytwórnia: Polydor

Czas trwania: 44:23 min.

 

Wśród licznych i różnorodnych prac Jamesa Hornera z lat 80., bez wątpienia dominują filmy fantastyczne. Chociaż kompozytor skutecznie starał się uciec przed zaszufladkowaniem, to właśnie kino fantasy i science-fiction wielokrotnie dawało mu warunki do tworzenia pamiętnych ścieżek dźwiękowych. Również to dzięki tym projektom zyskiwał uznanie w branży, począwszy od drugiej części „Star Treka”. „Kokon”, będący bardziej komediodramatem, wykorzystuje konwencję s-f jako środek do przedstawienia prostej historii i refleksji nad przemijaniem. Jednak poza jednym z głównych wątków oraz efektami specjalnymi, to właśnie oprawa muzyczna zbliża go do stylistyki filmów z gatunku ocieplania wizerunku istot pozaziemskich (nasuwają się silne skojarzenia m.in. z „E.T.” Spielberga).

 

W samym filmie muzyki nie ma dużo. Szczególnie pierwsza połowa jest ilustrowana bardzo oszczędnie. Również podstawowe wydanie płytowe (w 2013 roku Intrada wydała zremasterowaną wersję rozszerzoną) zawiera około czterdziestu minut muzyki, co działa zresztą na jego korzyść. W „Kokonie” mamy też do czynienia z klimatycznym, stonowanym materiałem, dalekim od rozpisanych z rozmachem epickich score’ów do „Star Treków”, „Bitwy Wśród Gwiazd” czy „Krulla”. Ta praca jest zdecydowanie bardziej przemyślana i oszczędna, wszak napisana do produkcji, w której najważniejsza jest historia i jej bohaterowie, a nie przestrzeń kosmiczna czy spektakularne bitwy. Co nie znaczy, że nie daje czasem upustu emocjom i prawdziwej symfonicznej magii, zwłaszcza w finale.

 

Otwierający utwór „Through the Window” rozpoczyna się długą nutą skrzypiec i fletów, na której tle przedstawiony jest główny temat partytury, w skromnej aranżacji na zdublowane oktawowo dzwonki i wibrafon. Po chwili wchodzi harfa i cała orkiestra, która stopniowo narasta. Napięcie, wywołane ruchliwymi smyczkami, dętymi drewnianymi i dźwięcznymi instrumentami perkusyjnymi oraz tremolem talerzy wzmaga się, gdy dołącza się jasno brzmiąca blacha, powtarzająca stałą strukturę harmoniczną. Te dwa akordy (durowa tonika i obniżony szósty stopień) kojarzą się raczej jednoznacznie z kosmosem i obcą cywilizacją. Gdy w połowie utwór osiąga kulminację, dalszą narrację prowadzą niskie rejestry smyczków. Faktura znów gęstnieje, w tle słychać głuche uderzenia kotłów, dołączają się też kolejne instrumenty drewniane. Ta dźwiękowa masa brzmi bardzo intrygująco i jednoznacznie kojarzy się z morzem, które jest tu przecież dość istotne.

 

„The Lovemaking” kontynuuje lekko mistyczny klimat, znów korzystając z harmonicznych ostinat. Tym razem jednak na pierwszy plan wychodzą liryczne melodie smyczków i solowej waltorni. Ciekawe efekty dźwiękowe kompozytor uzyskuje poprzez pływające glissanda skrzypiec i drgające dźwięki obojów. Końcówka utworu wprowadza atonalność, której jednak nie ma w „Kokonie” dużo. Jest natomiast brawurowa akcja i hornerowski duch przygody w następnym z kolei „The Chase”. Pojawia się też kolejna aranżacja głównego tematu. W pierwszej połowie filmu, gdy muzyka pojawia się dość rzadko, towarzyszy zwykle momentom związanym w jakiś sposób z kosmitami. Wydaje się więc sugerować, że to Antareańczycy są pierwszoplanowymi bohaterami, choć do końca nie dowiemy się o nich zbyt wiele. Można odnieść wrażenie, że ich główna rola w tej opowieści to przekazanie mieszańcom domu spokojnej starości ważnej nauki.

 

Dalsze dwa utwory na płycie – „Rose’s Death” i „The Boys Are Out” – pokazują nowe emocje i nietypowe dla Amerykanina rozwiązania. W tym pierwszym, towarzyszącym uczuciu straty, na pierwszy plan wychodzi solowa gitara akustyczna. Drugi to leniwy swing, w bigbandowej aranżacji Billy’ego Maya, w którym słychać głód życia i marzenia naszych starszych bohaterów o powrocie do młodości. „The Returning to the Sea” porusza bardziej sentymentalne struny, imitując też – zgodnie z tytułem – szum morskich fal.

 

„Gravity” – piosenka promująca film – została napisana i wykonana przez Michaela Sembello, który przez większą część kariery udzielał się jako muzyk sesyjny, współpracując z takimi topowymi artystami, jak Michael Jackson, Stevie Wonder, Chaka Khan czy George Benson. Stylistycznie utwór Sembello nie odbiega zbytnio od wyżej wymienionych; ma funkowy drive, charakterystyczne ejtisowe brzmienie, a eksperymenty z dźwiękiem kojarzą się z futuryzmem i kosmitami. Co ciekawe, twórca filmu, Ron Howard, wyreżyserował również teledysk, w którym sam zresztą występuje. Natomiast umieszczenie „Gravity” w środku płyty wytrąca trochę słuchacza z rytmu. Rozumiem zamierzenie urozmaicenia dość ilustracyjnego krążka, jednak w kontraście z kompletnie innym klimatem orkiestry moim zdaniem było to niepotrzebne.

 

W oferującym głównie underscore „Discovered in the Poolhouse” znowu pojawiają się kosmiczne współbrzmienia. Krótkie „First Tears” rozpoczyna unisono waltorni i harfy. Dalej solówki waltorni i oboju (motyw znany już z „Lovemaking”) pokazują, że Horner potrafił wykrzesać dużo emocji, korzystając z niewielkich środków. „Sad Goodbyes” znowu oddaje trochę miejsca gitarze, która tym razem, poza solowym wstępem, przejmuje również rolę akompaniamentu. Te dwa krótsze i spokojniejsze utwory to jednak tylko przedsmak efektownego finału.

 

„Ascension” na przestrzeni sześciu minut gwarantuje nam prawdziwe uniesienie. Najpierw wraca do początkowych tematów, wykorzystując później po raz pierwszy fortepian. Żonglując umiejętnie liryzmem, tajemniczością i odrobiną patosu, pokazuje wysuwające się klarownie na pierwszy plan śpiewne melodie. Pojawiają się też jasno brzmiące motywy rogów, trąbek i znane nam już oboje. Kompozytor rozważnie korzysta z orkiestry. Rozkłada równomiernie ładunek emocjonalny, stopniowo osiągając kulminację wznoszącymi progresjami i powtarzając kilkakrotnie te same tematy. „Theme from Cocoon” powtarza główny temat w jego pełnej wersji. Podsumowując całą płytę, wprowadza też nowe pomysły, jak urocze kontrapunkty fletów i dzwonków. Jest po prostu dobrym zakończeniem, uspokajającym i zamykającym całość.

 

„Kokon” to kolejny udany projekt Jamesa Hornera z lat 80. oraz początek długiej i owocnej współpracy z Ronem Howardem. Zdecydowanie mniej przebojowy, niż inne ilustracje science-fiction, skupia się przede wszystkim na budowaniu klimatu. Niewątpliwymi zaletami tej płyty jest jej prostota i zwięzłość. W obrazie muzyka działa dobrze, choć kameralnie, oddając przestrzeń dla aktorów i filmowych wydarzeń. Nie jest to może praca wybitna czy bardzo efektowna, ale za to przemyślana i nieprzekombinowana. Po prostu dobra muzyka.  

Autor recenzji: Tomasz Gil


CD 1

01.

Through the Window

02.

The Lovemaking

03.

The Chase

04.

Rose’s Death

05.

The Boys Are Out

06.

Returning to the Sea

07.

Gravity – Michael Sembello

08.

Discovered in the Poolhouse

09.

First Tears

10.

Sad Goodbyes

11.

The Ascension

12.

Theme from Cocoon

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 4  

Tomasz Goska 27-06-2016, 20:18

Kokun na propsie. Lubię tę pracę przede wszystkim za polichromatykę i tematykę. Wydanie kompletne jest w moim odczuciu zdecydowanie lepsze aniżeli podstawka.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz