• Ballad of Buster Scruggs, The
  • Cure for Wellness, A
  • Deadpool 2 – score
  • Deadpool 2
  • Equalizer 2, The

Jessica Jones

data publikacji: 11/06/2016

Jessica Jones

"...ma duszę..."

Kompozytor: Sean Callery

Rok produkcji: 2016

Wytwórnia: Hollywood Records

Czas trwania: 58:43 min.

 

Marvelowskich sukcesów małego ekranu ciąg dalszy. Po świetnym pierwszym sezonie „Daredevila” i udanej jego kontynuacji z Punisherem w tle, studio otrzymało także oklaski za przeniesienie na telewizyjne odbiorniki (a raczej wszelkie media domowe) kobiecej superbohaterki działającej nie tylko w tym samym uniwersum, co również na ulicach nowojorskiego Hell's Kitchen – Jessici Jones. W rolę tą z powodzeniem wcieliła się Krysten Ritter, a jej przygody nie tylko łączą się ze światem Czerwonego Diabła, ale stanowią także podwaliny pod przyszłą serię o Luke’u Cage’u. Logicznym byłoby zatem, aby wszystkich tych bohaterów scalić także muzycznie, pod batutą jednego kompozytora.

 

Tak się jednak nie stało i za wspomnianego Cage’a odpowiadać będzie duo Ali Shaheed Muhammad i Adrian Younge, a Jessicą zajął się Sean Callery, którego większość melomanów zna zapewne z rewolucyjnego swego czasu serialu „Przez 24 godziny”. Rezultatem takiej roszady ilustracja bliska nastrojem, acz odmienna stylistycznie od tego, co John Paesano napisał dla Matta Murdocka. I szczęśliwie także o wiele lepsza.

 

Nie dziwi to, skoro Callery poszedł jednoznacznie w klimaty kina noir, a więc na poły detektywistyczną historię okrasił głównie jazzem i bluesowymi wstawkami, z obowiązkową, samotną trąbką na czele. Słychać to już w temacie tytułowym, który otwiera przyjemnie wijąca się melodia fortepianowa. Mimo iż szybko niknie ona w bardziej drapieżnych, rockowych wejściach gitary elektrycznej, daje pewien przedsmak estetyki brzmienia. Inna sprawa, że choć jest to motyw dobrze odnajdujący się w czołówce, to brakuje mu jakiejś większej charakterności. Łatwo ginie w pamięci – zwłaszcza w starciu z kolejnymi utworami.

 

A te potrafią być naprawdę wysmakowane i w ostatecznym rozrachunku chyba nawet lepiej sprawdzające się w swej autonomicznej formie. W serialu trochę się rozmywają, często stanowiąc klimatyczne, lecz niezbyt rzucające się w uszy tło, które ustępuje nie tylko odgłosom akcji, ale i dialogom. Dobrze zatem, że zdecydowano się wypuścić płytę, którą w miarę optymalnie wypełniono niespełna godziną materiału. Pozwala ona bardziej docenić dokonanie Callery’ego, który napisał tu jedną z lepszych, a już na pewno ciekawszych prac w karierze.

 

Maestro nie odwalił pańszczyzny i w przeciwieństwie do Paesano potrafi zaintrygować lub przykuć uwagę odbiorcy nawet w potencjalnie najmniej atrakcyjnych utworach. Underscore stoi tu na naprawdę wysokim poziomie, skrywa wiele smaczków i niebanalnych rozwiązań, które nie tylko udowadniają talent, pomysłowość i twórczą wrażliwość tego kompozytora, ale i pozwalają żałować, że do tej pory nie zaistniał on jeszcze na dużym ekranie kosztem innych wyrobników. W kontekście samego jazzu i jego burzliwej historii Callery nie wynajduje może koła, niemniej w świecie serialowych soundtracków jego score wydaje się świeży i w miarę oryginalny. Co ważniejsze, artysta włożył weń serce, dzięki czemu jego kompozycja ma duszę.

 

Pomógł mu w tym trochę Jamie Forsyth, który nadał kilku powiązanym z Cage’em fragmentom większego pazura, dołożył trochę nowocześniejszych elementów do generalnie wypełnionej smutkiem i odrobiną nostalgii ilustracji. Wszystko to bardzo ładnie się balansuje, nie pozwalając się nudzić. Akcja zgrabnie kontrastuje z liryką – w tej ostatniej łatwo się zatracić (wyborne „Then There's the Matter of You” czy „Fire Escape Night Shift”), podczas gdy ta pierwsza nigdy nie przyprawia o ból głowy, często zaskakuje kameralnością, nie razi bezmyślnym waleniem w gary. Acz przecież ekspresyjna perkusja i nieco generyczna elektronika też się pojawia tu i ówdzie („Luke's Revenge on the Bus Driver”, „Kilgrave Escapes His Glass Prison”, „Jones-Cage Match”). Nawet teoretycznie najsłabsze ścieżki mogą się więc podobać, bowiem oferują coś więcej, niż tylko zwykłą, pustą tapetę.

 

Nie jest to oczywiście idealna, czy nawet idealnie wyważona pozycja – zwłaszcza pod koniec trochę się rozłazi i traci na sile oddziaływania. Co prawda trzeba przyznać, że zarówno zjadliwy czas całej płyty, jak i poszczególnych jej utworów, które oscylują z reguły wokół trzech minut, wydatnie przysługuje się odsłuchowi, to jednak zdarzają się mniej frapujące melodie, o jakich szybko się zapomina. Na szczęście nie ma ich wiele, nie wpływają też szczególnie niekorzystnie na ogólne, naprawdę pozytywne wrażenie.

 

Nie jest to rzecz jasna kompozycja zrywająca czapki z głów. Z pewnością nie nadaje się też dla każdego. Być może nawet tylko pewne nieliczne grono lubujących się w takich klimatach koneserów będzie w stanie odpowiednio się w nią wgryźć i ją docenić. To zresztą pod wieloma względami bliźniacze odbicie postaci Jessici Jones – skomplikowanej, rozdartej wewnętrznie, zimnej, mało przyjemnej w obyciu i niezbyt wyrafinowanej bohaterki na skraju wytrzymałości. W obu przypadkach pozory mylą... 3,5 nutki to faktyczna ocena całości.

 

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Jessica Jones Main Title

02.

Then There’s the Matter of You

03.

Fire Escape Night Shift

04.

Alias Investigations

05.

Fight at Luke’s Bar

06.

Nurse Jessica

07.

Rescuing Hope from the Hotel Bed

08.

Kidnapping Kilgrave

09.

Sleepover at Luke’s

10.

Jessica on the Move

11.

Cockroach

12.

Luke’s Revenge on the Bus Driver – with Jamie Forsyth

13.

Elevator Massacre

14.

Looking for Kilgrave / Bus Accident Vision

15.

Hospital Cat and Mouse

16.

Gift from Trish

17.

Kilgrave Escapes His Glass Prison

18.

Tailing Malcolm

19.

Jessica Confesses to Luke – with Jamie Forsyth

20.

Restaurant Flashback

21.

Jones-Cage Match – with Jamie Forsyth

22.

Final Justice for the Purple Man

23.

Maybe It’s Enough the World Thinks I’m a Hero

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 4  

Goska Tomasz 24-06-2016, 00:28

No lubię ten score. Bardzo miłe zaskoczenie ze strony Seana i ten quasi-noirowy klimat... Szkoda tylko, że na albumie muzyka nie prezentuje się tak okazale jak w filmie. Mimo to "prawie" czwórka.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz