• Man with One Red Shoe, The – Limited Edition
  • Swiss Army Man
  • Born To Be Blue
  • Miss Sloane
  • Hoax, The

10 Cloverfield Lane

data publikacji: 14/05/2016

Cloverfield Lane 10

10 Cloverfield Lane

"...istna sinusoida emocjonalna..."

Kompozytor: Bear McCreary

Rok produkcji: 2016

Wytwórnia: Sparks & Shadows

Czas trwania: 63:32 min.

 

Trudno w dzisiejszym kinie o nieprzewidywalność. Zaskoczeń jest i owszem, całe mnóstwo, lecz w większości wydają się albo wymuszone, przegięte lub też zwyczajnie bez sensu. Tym bardziej cieszy więc seans „10 Cloverfield Lane”, który igra sobie z oczekiwaniami widza już samym tytułem – w domyśle nawiązującym do hitu s-f z poprzedniej dekady, w rzeczywistości nie mający z nim wiele wspólnego. Wręcz przeciwnie, to w dużej mierze zaprzeczenie historii o atakującym Nowy Jork potworze z kosmosu. Debiutant, Dan Trachtenberg, skupia się na znacznie skromniejszych relacjach trójki osób odciętych od świata. I trzeba przyznać, że obserwowanie ich poczynań, podszytych wieczną niepewnością tego, co może wydarzyć się za moment, to istna sinusoida emocjonalna.

 

Doskonale wpisuje się w nią Bear McCreary ze swoją ilustracją. Znany głównie z licznych prac serialowych maestro nie ma specjalnie szczęścia do dużego ekranu. „10 Cloverfield Lane” pokazuje, że czuje się on tam równie dobrze jak na małym, także potrafiąc pozytywnie zaskoczyć. Jego score daleki jest oczywiście od rewolucji w branży. Niemniej w czasach zdominowanych z jednej strony odtwórczymi kompozycjami horrorowymi (do którego to gatunku film także aspiruje), a z drugiej jednolitym brzmieniem ze studia Remote Control Productions, może wydać się w miarę świeży i, co ważne, nad wyraz przyjemny.

 

Owszem, na zamykającym się w nieco ponad godzinie albumie znajdziemy sporo wypełniaczy, lecz są one poprowadzone całkiem sprawnie, intrygują. Muzyka w oderwaniu od kontekstu nie przytłacza odbiorcy, nie męczy. I nawet jeśli przyjąć, że odchudzenie płyty o kwadrans nie zaszkodziłoby finalnym wrażeniom, to i tak mamy do czynienia z całkiem zjadliwym, niegłupim przykładem solidnej ilustracji, która wcale nie jest tak oczywista, jakby się mogło wydawać. Kompozytor dobrze wywiązał się z niełatwego zadania stworzenia pracy, która jest typowym, adekwatnie budującym napięcie i stopniującym dramaturgię tłem i jednocześnie w miarę atrakcyjnym, mogącym się podobać również samoistnie graniem.

 

Co prawda na jej najjaśniejszy punkt trzeba czekać do samego końca. Tytułowa suita, która uprzyjemnia napisy końcowe to pozbawiona służebności ruchomemu obrazowi dobra zabawa – ale i wcześniej jest na czym zawiesić ucho. Fragmenty akcji – druga część „The Concrete Cell”, „The Burn” i, zwłaszcza, przebojowe „Hazmat Suit” – są w dodatku rozłożone dość równomiernie. Stoją w odpowiedniej opozycji do trudniejszych, bardziej posępnych i wypełnionych underscorem motywów. W sukurs przychodzi im dodatkowo chronologiczny układ tracklisty, na której mogące swobodnie wybrzmieć melodie pozwalają wyłapać wszelkie idee narracji, jak i nie dają się tak naprawdę słuchaczowi nudzić.

 

Najciekawiej prezentuje się natomiast liryka, przypisana w większości głównej bohaterce o słodkiej twarzy Mary Elizabeth Winstead. Otwierające całość „Michelle” oraz będące jego rozwinięciem „The New Michelle” to naprawdę ładne, nieco smutne, ale ujmujące melodie, które przez wzgląd na instrumentarium przywodzą na myśl podobne rozwiązania i ogólny styl „Star Treków” Michaela Giacchino. Doskonale wypadają one zresztą w filmie – zwłaszcza ten pierwszy utwór, towarzyszący sekwencji pozbawionej dialogów i innych przeszkadzajek, zagarnia dla siebie sporo miejsca i z dużym wyczuciem wypełnia ruchomy obraz.

 

W zbliżonym, także mocno melanchonijnym klimacie utrzymany jest motyw Howarda, w którym pojawia się zarówno nieco mroku, jak i kołysankowych brzmień, które trafiają idealnie w punkt. Nuty te powracają potem jeszcze miejscami, m.in. w mniej angażującym „Two Stories” czy „A Happy Family”. Reszta soundtracku miota się już pomiędzy nerwowymi wybuchami orkiestry, a z wolna budowaną atmosferą grozy i niedopowiedzeń, które niekiedy wymagają ciut więcej samozaparcia. Podobnie jak i sam film, także i one potrafią jednak spłatać figla i dalekie są od bezmyślnej tapety.

 

„Cloverfield Lane” o numerze 10 to praca generalnie zrobiona z głową, inteligentnie, oszczędnie oraz trafnie wykorzystana w medium, do którego powstała. Raczej nie ma szans, aby zapisać się w annałach muzyki filmowej. Niemniej warta jest chwili cierpliwości również na samodzielnym, solidnie wyeksponowanym krążku, na którym można znaleźć sporo smaczków. Polecam, choć raczej po wcześniejszej wizycie w kinie, niż przed. 3,75 nutki, naprawdę blisko czterech, to moja ostateczna ocena tej ścieżki dźwiękowej.

 

 

P.S. W filmie wykorzystano również fragmenty piosenek: „I Think We're Alone Now” by Tommy James & The Shondells, „Tell Him” grupy The Exciters i „Venus” Frankiego Avalona.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Michelle

02.

The Concrete Cell

03.

Howard

04.

A Bright Red Flash

05.

At the Door

06.

Two Stories

07.

Message from Megan

08.

Hazmat Suit

09.

A Happy Family

10.

The Burn

11.

Up Above

12.

Valencia

13.

The New Michelle

14.

10 Cloverfield Lane

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3.33  

Mystery 15-05-2016, 20:02

Zgoda, najlepsza i najbardziej dojrzała praca Beara na rzecz filmu i mocna pozycja w swoim gatunku.


Tomasz Goska 18-05-2016, 08:08

Całkiem dobra praca do której można powracać. Filmowo działa jak należy


J.B. 18-05-2016, 08:14

Dobre, dobre, dobre, świetne w filmie, "Michelle" na piątkę


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz