• 007: Die Another Day – remastered and expanded
  • Arthur Christmas
  • Star Wars, Episode VIII: The Last Jedi
  • Brimstone
  • Silence

Steve Jobs

data publikacji: 23/11/2015

Steve Jobs

"...przeskakuje wszelkie oczekiwania..."

Kompozytor: Daniel Pemberton

Rok produkcji: 2015

Wytwórnia: Back Lot Music

Czas trwania: 82:07 min.

 

Muzycy grają na instrumentach, ja gram na orkiestrze. – tak w jednej ze scen filmu Danny’ego Boyle’a stwierdza Michael Fassbender jako Steve Jobs. To postać znacząca, w Ameryce wręcz ikoniczna, ale i kontrowersyjna, czemu produkcja ta z pewnością tylko się przysłuży. Nie jest to bowiem typowa biografia, jak wcześniejszy „Jobs”. To raczej próba uchwycenia konkretnej osobowości oraz idei jej przyświecających; ciągłe tarcie się charakterów w punktach zapalnych kariery twórcy Apple – trzyaktowa gadanina, nie mniej jednak interesująca od największych hiciorów kina akcji.

 

Rzeczonym cytatem rozpoczyna się także ścieżka dźwiękowa. Jej autor, Daniel Pemberton, wziął sobie przy tym slogan poważnie do serca. Kompozytor daje bowiem prawdziwy popis symfoniczny, godny największych tuz klasyki, twórczością których z pewnością się inspirował. Grający na instrumentach (czy też raczej dosłownie je strojący) muzycy są tutaj zatem wstępem do pełnoprawnego koncertu, jaki maestro nam serwuje; skromnym prologiem przed zahaczającymi o operowe arie Owerturą i Allegro.

 

W ilustracji nie brak przy tym powszechnej elektroniki – częściowo w typie oraz rytmie „The Social Network”, niekiedy przywodzącej z kolei na myśl także niedawne „Interstellar” („Child”). Te luźne skojarzenia dalekie są jednak od nachalnego temp-tracku, choć nie ulega wątpliwości, że Pemberton konkretne wytyczne dostać musiał. Szczęśliwie maestro przeskakuje wszelkie oczekiwania producentów, szybko burząc również ewentualne obawy melomanów. Rezultatem tego jeden z najbardziej zaskakujących i oryginalnych soundtracków sezonu, od jakiego trudno jest się oderwać – nawet pomimo jego zastraszającej długości.

 

Tylko tutaj usłyszymy bowiem hipnotyzujące, energiczne bity, jakby przekute ze stylistyki Glassa czy Nymana („Jack It Up”, „Change the World”, „The Nature of People”...), które z taką łatwością przechodzą w pełnoorkiestrowe pasaże rodem z filharmonii (fenomenalne „Revenge” – apogeum tej pracy). Tylko tutaj abstrakcyjne eksperymenty brzmieniowe („It's an Abstract”) są w stanie bez problemu, i bez szkody dla uszu, uzupełniać pełne ekspresji melodie (finałowe, buzujące optymizmem „Remember”) oraz okazjonalne piosenki.

 

Te ostatnie to przy tym największy problem albumu – są zwyczajnie zbędne. Owszem, Bob Dylan zostaje przywołany wyśmienitymi, ekranowymi dialogami, ale ani jego przeboje, ani dynamiczny hit The Libertines czy nastrojowa ballada The Maccabees nie są niezbędne dla fabuły, w której pojawiają się na zasadzie drugoplanowych wypełniaczy. Na płycie ich zadaniem było pewnie różnicować materiał, lecz ostatecznie jedynie mu przeszkadzają, bez sensu wydłużając, i tak już przydługą, płytę.

 

O ile score jest tworem wielce frapującym i, mimo słabszego początku, wciągającym, to i tak posiada parę zbędnych ścieżek. To jedynie kilka minut niezbyt zauważalnego, a tym bardziej niespecjalnie drażniącego tła („I Wrote Ticket to Ride”, częściowo „Life out of Balance”), jakie ostatecznie nie wpływa na wrażenia z odsłuchu, ale spokojnie można się było bez niego obejść dla większego komfortu odbiorcy. Niemniej, zważywszy na monstrualny czas trwania wydawnictwa, muzyka i tak potrafi zaimponować dużą spójnością oraz płynnością rytmu, z niezwykłą lekkością oraz wprawą sączy się z głośników.

 

 

Ciekawe zatem, że w ruchomym obrazie szału nie robi. Co więcej, poza paroma scenami – z przywołanym wcześniej „Revenge” na czele – nie wychodzi przed szereg, nie zapisuje się zbytnio w pamięci. Wbrew pozorom Boyle często i umiejętnie korzysta z dobrodziejstw Pembertona, lecz poszczególne motywy docierają do widza bardziej podświadomie, wywołując raczej przyjemny posmak, niż faktycznie imponując barwami. W kinie nutom bliżej zatem do swoistego wentylu bezpieczeństwa, ujścia dla wciąż narastających emocji, a nie zapadającego w pamięć doznania.

 

Takie przychodzi dopiero w autonomicznej formie i bynajmniej nie świadczy o słabej jakości kompozycji. Prędzej o talencie Pembertona, który poniekąd przerósł film, tworząc muzykę wykraczającą daleko poza jego ciasne kadry. „Steve Jobs” to kolejna warta uwagi, wielce plastyczna praca w jego dorobku, jaki ostatnio powiększa się o coraz bardziej znaczące tytuły. Polecam więc bacznie go obserwować...

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

The Musicians Play Their Instruments...

02.

It’s Not Working

03.

Child (Father)

04.

Jack It Up

05.

The Circus of Machines I (Overture)

06.

Russian Roulette

07.

Change The World

08.

The Skylab Plan

09.

Don’t Look Back Into The Sun – The Libertines

10.

…I Play The Orchestra

11.

The Circus of Machines II (Allegro)

12.

Revenge

13.

Rainy Day Women 12 & 35 – Bob Dylan

14.

It’s An Abstract

15.

Life Out of Balance

16.

I Wrote Ticket To Ride

17.

The Nature of People

18.

1998. The New Mac

19.

Father (Child)

20.

Remember

21.

Grew Up At Midnight – The Maccabees

22.

Shelter from the Storm – Bob Dylan

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3.33  

J.B. 23-11-2015, 17:13

Jedna z najnudniejszych prac roku.


Krystian 23-11-2015, 19:09

Zgadzam się z J.B.


CipherSeven 30-11-2015, 17:34

Bardzo ciekawy eklektyzm elektroniki i klasyki, nawet w pozornej tandecie elektroniki czuć pewną kreatywność. Fakt, album może nieco nudzić, ale wydaje mi się że płyta tylko zyskuje przy kolejnych przesłuchaniach. Ode mnie bardzo mocne cztery plus z załączonym kredytem zaufania dla twórcy, oby tak dalej. Mefisto - recka jak zawsze na poziomie :) Dzięki za zwrócenie uwagi na ten album, zdecydowanie jedna z ciekawszych pozycji w ostatnim czasie.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz