• Nerve
  • Phantom Thread
  • Three Billboards Outside Ebbing, Missouri
  • Denial
  • Founder, The

Lion King, The – The Legacy Collection

data publikacji: 14/11/2015

Król Lew

Lion King, The – The Legacy Collection

"...nie jest to pozycja tak rewolucyjna, jak można by się tego spodziewać..."

Kompozytor: Hans Zimmer, różni wykonawcy

Rok produkcji: 2014

Wytwórnia: Walt Disney Records

Czas trwania: CD 1 - 73:36, CD 2 - 47:29 min.

 

Wszyscy znamy tą bajkę. Mufasa, Simba, Skaza, Zazu, Timon i Pumba... – to wszak jeden z flagowych tytułów Disneya, wciąż wielbiony i oglądany całymi rodzinami. Wszyscy znamy też tą muzykę – soundtrack bowiem dostępny był już przy okazji premiery filmu i równie szybko osiągnął status kultowy. I nieważne, że produkcja ta jest kalką japońskiej animacji, a album ze ścieżką dźwiękową był mocno wybrakowany i składał się głównie z piosenek. Hakuna Matata, i wszystko gra.

 

Tak popularna praca była zresztą przez lata wznawiana – m.in. w specjalnej, ciut rozszerzonej edycji, której towarzyszyło także kilka okołofilmowych wydawnictw, jak „Sing-along”, czy składanka „Rhythm of the Pride Lands”, o licznych bootlegach nie wspominając. Król Lwiej Skały prawdziwych honorów doczekał się jednak na swoje 20. urodziny, kiedy to Disney wypuścił na rynek dwupłytową wersję, jaka zapoczątkowała ekskluzywną kolekcję Legacy (w jej skład wchodzą: „Mary Poppins”, „Śpiąca królewna”, „Mała syrenka”, „Fantazja”, „Pinokio”, „Zakochany kundel”, „Disneyland”, „Kopciuszek”, „Toy Story”, „Pocahontas” oraz „Arystokaci” – wszystkie można nabyć także w zbiorczym opakowaniu).

 

Wydanie to prezentuje nam muzykę w wersji chronologicznej, rzeczone hity śpiewane znacząco rozszerzając o ilustrację Hansa Zimmera. Rzecz jasna nie znajdziemy tu polskich wersji piosenek, co przypuszczalnie zawiedzie rodzimych nabywców, którzy wciąż powinni się trzymać pierwotnej edycji przeznaczonej na nasz rynek. Poza tym, mimo wydatnie poprawionej jakości dźwięku oraz nowej, przepięknej szaty graficznej, nie jest to pozycja tak rewolucyjna, jak można by się tego spodziewać.

 

Przede wszystkim ponad dwie godziny materiału to nieco za dużo, a i patrząc na zawartość drugiego krążka można poddać w wątpliwość sens jego istnienia. Składają się nań bowiem głównie dema poszczególnych tematów – niewiele różniące się od finalnych kompozycji – dwie wyjątkowo słabe, wstępne aranżacje przeboju „Circle of Life” oraz dwie równie kiepskie piosenki, które siłą wepchnięto do poprawionej wersji filmu na DVD. Jedynym naprawdę wartościowym czasem pozostaje zatem końcowy przebój Eltona Johna, ale ten – abstrahując od tego, jak dobrze jest znany – spokojnie zmieściłby się na pierwszej płycie.

 

I tu pojawia się kolejny problem. Wypełniający ją score HZ jest także przydługi i w dodatku nienajlepiej zmontowany. Z jednej strony dostajemy więc krótkie, nic nie wnoszące do całości przerywniki („Simba, It's To Die For”, „Bowling for Buzzards” i „We Gotta Bone to Pick With You”), a z drugiej tak nieprzystępne i po prostu nudne kolosy, jak „The Rightful King”. Kiepsko wypada także „This Is My Home”, w którym ‘schowano’ „Taniec Hula” Timona i Pumby – oparta na, czy też raczej parodiująca „Hawaiian War Chant (Tahuwa-Huwai)” z XIX w. melodia zdecydowanie powinna zostać wyodrębniona, nawet jako swego rodzaju ścieżka bonusowa, bowiem na płycie zwyczajnie wybija ze skrzętnie budowanej atmosfery.

 

Co ciekawe, zabrakło w tym wszystkim innych piosenek – przypuszczalnie ze względu na prawa autorskie oraz ich minimalny wkład w fabułę. Nie znajdziemy tu zatem „The Lion Sleeps Tonight”, które z taką pasją wykonuje w jednej ze scen Timon oraz trzech z niewolniczego repertuaru Zazu: „I've Got a Lovely Bunch of Coconuts”, „It's a Small World” i „Nobody Knows the Trouble I've Seen”. Niby nic, ale przy tak przepastnym wydaniu można poczuć niedosyt.

 

Niedobór pozostawiają po sobie niestety także i nuty Zimmera, jakie w tej odsłonie sięgają blisko godziny grania. Piszę ‘niestety’, ponieważ jest to muzyka, która na ekranie odnajduje się po prostu bezbłędnie, nadając fabule odpowiedniego rytmu i tchnąc życie w klimat afrykańskich sawann/stepów/dżungli. To zresztą jedna z najlepiej wyeksponowanych ścieżek dźwiękowych Disneya tamtej dekady. Lecz bez ruchomego obrazu sporo traci ze swej magii.

 

W uszy razić może a to nadmierna ilustracyjność, tudzież irytujący mickey-mousing dźwięków (jak ma to miejsce chociażby w „Didn’t Your Mother Tell You Not to Play With Your Food”), a to straszna toporność muzyki akcji. Od strony tematycznej ma ona wszystkie potrzebne elementy składowe, jednak na sucho brzmi mocno surowo, jakby nie do końca ociosana – zwłaszcza w porównaniu z kolejnymi wizytami maestro na Czarnym Lądzie. Najlepszym przykładem będzie tu chyba, tak uwielbiana przeze mnie, sekwencja na cmentarzysku słoni, jaka wespół z muzyką tworzy jeden z najbardziej ekscytujących momentów filmu. A jednak słuchając „Elephant Graveyard” poza kontekstem wychodzą na wierzch wszelkie niedoskonałości tematu, jakie tkwią głównie w słabej, pozbawionej głębi orkiestracji i niekiedy naprawdę mocno tandetnym stylu.

 

  

 

O wiele lepiej bronią się w swym autonomicznym bycie motywy typowo dramatyczne, liryczne (śliczna, utrzymana w kołysankowej stylistyce pierwsza połowa „Kings of the Past”) i, zwłaszcza, wstawki czysto etniczne. Choć one również cierpią na podobne przypadłości, od jakich czasem idzie się skrzywić, to jednak są przyjemniejsze dla ucha. Napędza je również niepomiernie większa szczerość emocji, doskonale wpasowująca się zarówno w kolejne kadry animacji, jak i działająca na odbiorcę poza nimi. Szkoda jedynie, iż zazwyczaj są to fragmenty dłuższych kompozycji i potrafią czasem zginąć w natłoku niezbyt angażującego underscore’u (casus „Remember Who You Are”, czy, raz jeszcze „This Is My Home”).

 

Ostatecznie król bynajmniej nie okazuje się nagi, a co najwyżej straszy nierówno obciętą grzywą. Nawet mimo wielu mankamentów – tak wydania, co samej muzyki – trudno jest lwa nie kochać, warto mieć go w swojej kolekcji i fajnie jest do niego wracać raz po raz. Leomaniacy bez obaw mogą sobie w takim razie do powyższej oceny dodać jeszcze punkt, a i pozostali melomani raczej nie powinni żałować wydanych pieniędzy. Hakuna Matata!

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Circle of Life / Nants' Ingonyama – Carmen Twillie & Lebo M.

02.

Didn’t Your Mother Tell You Not to Play With Your Food

03.

We Are All Connected

04.

Hyenas in the Pride Land

05.

I Just Can't Wait to Be King – Jason Weaver, Rowan Atkinson & Laura Williams

06.

Elephant Graveyard

07.

I Was Just Trying to Be Brave

08.

Be Prepared – Jeremy Irons, Whoopi Goldberg, Cheech Marin & Jim Cummings

09.

Simba, It's To Die For

10.

Stampede

11.

Mufasa Dies

12.

If You Ever Come Back We'll Kill You

13.

Bowling for Buzzards

14.

Hakuna Matata – Nathan Lane, Ernie Sabella, Jason Weaver & Joseph Williams

15.

We Gotta Bone to Pick With You

16.

Kings of the Past

17.

Nala, Is It Really You?

18.

Can You Feel the Love Tonight – Joseph Williams, Sally Dworsky, Nathan Lane, Ernie Sabella & Kristle Edwards

19.

Remember Who You Are

20.

This Is My Home

21.

The Rightful King

CD 2

01.

The Morning Report – James Earl Jones, Jeff Bennett & Evan Saucedo

02.

Warthog Rhapsody – Nathan Lane & Ernie Sabella

03.

We Are All Connected (Demo)

04.

I Was Just Trying to Be Brave (Demo)

05.

Stampede (Demo)

06.

Mufasa Dies (Demo)

07.

This Is My Home (Demo)

08.

The Rightful King (Demo)

09.

Circle of Life (Instumental Demo)

10.

Circle of Life – Elton John

11.

I Just Can't Wait to Be King – Elton John

12.

Can You Feel the Love Tonight (End Title) – Elton John

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 4  

Krystian 14-11-2015, 16:15

Czemu 1 dla Morning Report?


Mefisto 14-11-2015, 16:45

Napisałem o tym w tekście - to beznadziejna piosenka, bezsensownie wciśnięta do filmu w jego dłuższej wersji, zbędna.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz