• Road House – 30th Anniversary Expanded Edition
  • Undone
  • River
  • Gentlemen, The
  • Missing Link

Kaguyahime no monogatari

data publikacji: 11/11/2015

Księżniczka Kaguya

Kaguyahime no monogatari

„...konstrukcja albumu uwypukla raczej wady niż zalety tej pracy...”

Kompozytor: Joe Hisaishi

Rok produkcji: 2013

Wytwórnia: Tokuma Japan Communications

Czas trwania: 52:47 min.

 

Joe Hisaishi zrósł się z kinem Hayao Miyazakiego, jego udział w projekcie innego reżysera ze studia Ghibli stanowi więc pewne zaskoczenie. Do tego „Księżniczka Kaguya” miała premierę w tym samym roku, co ostatni film Miyazakiego, „Zrywa się wiatr”, zatem musiał on pracować nad obydwoma projektami mniej więcej w tym samym czasie.

 

Tym bardziej zdumiewa, jak bardzo te dwie kompozycje się różnią. Podczas gdy „Zrywa się wiatr” stanowi charakterystyczną, europejską w brzmieniu, tematycznie przebojową pracę, pierwsze co uderza w „Księżniczce Kagui” to aranżacyjna skromność, wręcz ascetyczność i postawienie na maksymalną prostotę melodii.

 

Dobrze komponuje się to z ograniczoną paletą kolorów, niemal szkicowością rysunku Takahaty. Swoją opowieść o odnalezionej w pędach bambusa dziewczynie maluje on subtelnymi farbami wodnymi. Jego rysunkowi brakuje bogatej szczegółowości innych obrazów studia, za to reżyser osiąga rzadką wizualną ekspresję.

 

Podobnie dzieje się z muzyką. Z początku może się zdawać, iż Hisaishi się ogranicza. Bardzo wcześnie co prawda proponuje cztery tematy, które będą towarzyszyły bohaterce, ale trzy z nich wydają się tylko przygrywkami wymagającymi rozbudowania. Pierwszy motyw, związany z magicznym pochodzeniem Kagui, składa się z czterech króciutkich części oddzielonych pauzami. Pierwsza, w której kilkakrotnie powtarza się ten sam dźwięk, ma w sobie nutkę tajemnicy, druga jest typowym dla Hisaishiego melodyjnym dopełnieniem, trzecia powtarza pierwszą w innej tonacji, wreszcie zakończenie ma tylko spuentować zawieszone trochę bezładnie dźwięki.

 

Trudno nie odnieść wrażenia, że jest to temat szczątkowy, niepełny, zwłaszcza że na ogół wykonuje go solowy fortepian. W filmie bohaterce zdarza się też grać tę melodię na kodo, tradycyjnym, japońskim instrumencie strunowym. W trakcie seansu najważniejszymi jego fragmentami wydają się owe długie pauzy, tworzące poczucie zawieszenia. Krótkie wejścia stanowią tylko migotliwy akcent. Działa to wyśmienicie, temat idealnie wpasowuje się w smutną magię opowieści Takahaty, jego skromność wydaje się najsłuszniejszym wyborem.

 

Siłą rzeczy robi on słabsze wrażenie na płycie, ale taki los spotyka też pozostałe tematy. Wesoły, przypominający ptasie świergolenie motyw radosnego życia Kagui na wsi jest równie króciutki, chociaż na początku „Haru no warutsu” Hisaishiemu udaje się go ładnie obudować ozdobnikami. Tylko jeden z czterech najważniejszych tematów pozwala jednak kompozytorowi na nieco większy rozmach. Zasadniczo można go nazwać miłosnym. Po raz pierwszy pojawia się w „Mebae”, prowadzą go tam jeszcze solowe instrumenty, ale już objawia swoje melodyczne rozbudowanie. W pełnej krasie wybucha zaś pod sam koniec, w „Hishou”, które towarzyszy jednej z najbardziej emocjonalnych scen filmu. Nabiera tu niemal hollywoodzkiego rozmachu. Jest to jeden z niewielu momentów ścieżki dźwiękowej, gdy odzywa się pełna orkiestra.

 

Słuchając płyty, może się wydawać, że Hisaishi na okrągło powtarza tylko swoje cztery tematy. Nie jest to wrażenie kompletnie nieuzasadnione, ale niewątpliwie konstrukcja albumu uwypukla raczej wady niż zalety tej pracy. Materiał został poszatkowany na niemal czterdzieści, w większości króciutkich, utworów, z których wiele faktycznie stanowi zaledwie powtórzenie jednego z tematów. A przecież po drodze znajdzie się i odrobina tradycyjnie japońskich brzmień („Kouki no okata no kyousou kyoku”), i bardzo dramatyczny, niemal groźny utwór ilustrujący przejmującą scenę rozpaczliwej ucieczki Kagui („Zetsubou”). Pod koniec, jako nagroda dla cierpliwych, znajduje się zaś radosny Hisaishi w najlepszym wydaniu – „Tennin no ongaku” opiera się na prościutkiej, pogodnej melodyjce, żwawym rytmie marsza i wyśmienitych, głosowych ozdobnikach. W kontekście filmu niesamowita, pozytywna energia tego kawałka dziwi, a nawet brzmi trochę nie na miejscu, ale można mu wiele wybaczyć. Za takie utwory kocha się Hisaishiego.

 

Nawet jeśli beztroską atmosferę „Tennin no ongaku” uznać za lekką, choć na pewnym poziomie uzasadnioną, wpadkę, cała ścieżka dźwiękowa w filmie sprawuje się wspaniale. Została nominowana do nagrody Japońskiej Akademii Filmowej, ale musiała uznać wyższość „Zrywa się wiatr”. Wyższość ta jest zresztą mocno dyskusyjna. „Księżniczka Kaguya” nie dysponuje przebojowym tematem, nie olśniewa błyskotliwością orkiestracji, ma bowiem muzykę idealnie dopasowaną do klimatu filmu, jego wizji plastycznej i charakteru fabuły. Perfekcyjnie wkomponowuje się w poszczególne sceny, a czasem, jak w „Hishou”, wychodzi na pierwszy plan i pomaga w wywołaniu odpowiednich emocji.

 

O ile byłbym skłonny uznać ilustracyjną wyższość ścieżki dźwiękowej do „Księżniczki Kagui” nad „Zrywa się wiatr”, wydanie płytowe mocno komplikuje sprawę. Muzyka sama w sobie nie jest najłatwiejsza do autonomicznej prezentacji, ale poszatkowanie materiału i częste powtarzanie się bardzo podobnych utworów potrafi mocno zniechęcić. Pozostaje więc polecić sam film, który pozwala w pełni docenić tę kompozycję. 

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

Hajimari

02.

Hikari

03.

Chiisaki hime

04.

Ikiru yorokobi

05.

Mebae

06.

Takenoko

07.

Seimei

08.

Yamazato

09.

Koromo

10.

Tabidachi

11.

Aki no minori

12.

Na yo take

13.

Tenarai

14.

Seimei no niwa

15.

En

16.

Zetsubou

17.

Haru no meguri

18.

Utsukushiki kin no shirabe

19.

Haru no warutsu

20.

Sato he no Omoi

21.

Kouki na okata no kyousou kyoku

22.

Magokoro

23.

Higurashi no yoru

24.

Tsuki no fushigi

25.

Kanashimi

26.

Unmei

27.

Tsuki no to

28.

Kikyou

29.

Hishou

30.

Tennin no Ongaku I

31.

Betsuri

32.

Tennin no ongaku II

33.

Tsuki

34.

Inochi no kioku

35.

Kin no shirabe

36.

Warabe uta

37.

Tennyo no Uta

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 4  

DominikCh 13-11-2015, 02:18

Osobiście mi się ta "skromność" podoba. Ponadto, pomimo poszatkowania materiału, jako tako słucha się albumu całkiem przyzwoicie, choć może faktycznie gorzej, niż "Kaze Tachinu". Najważniejsze jednak, że są tu tematy/utwory, do których chce się wrócić.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz