• Sztuka kochania
  • Tortue Rouge, La (Red Turtle, The)
  • Guardians of the Galaxy, Vol. 2
  • Så som i Himmelen (As It Is in Heaven)
  • Sling Blade

Everest

data publikacji: 02/10/2015

Everest

"...umie trafić do serca, ale nie odbija się echem w duszy..."

Kompozytor: Dario Marianelli

Rok produkcji: 2015

Wytwórnia: Varese Sarabande

Czas trwania: 48:52 min.

 

Czomolungma – szczyt znany szerzej jako góra sir George’a Everesta, Korona Ziemi oraz Dach Świata, to najwyższy naturalny wierzchołek naszej planety. Sięgający blisko 9 km wysokości – w filmie błędnie opisanej, jako pułap przelotowy Jumbo Jeta – stanowi śmiercionośną mekkę alpinistów, a od ostatnich paru dekad także żądnych wrażeń amatorów. Himalajska królowa pogrzebała dotychczas na swoich zboczach prawie 250 osób (potwierdzonych), przy ponad 4 tysiącach, którym udało się przetrwać ekspedycję na szczyt. Jedną z najczarniejszych godzin w historii nepalskich podbojów wciąż pozostaje komercyjna wyprawa z maja 1996 roku, którą przedstawia właśnie film Baltasara Kormákura.

 

Dość niespodziewany był wybór kompozytora do tego projektu. Zdobywca Oscara za „Pokutę”, Dario Marianelli, znany jest bowiem raczej z kameralnych dramatów, a nie epickich widowisk, do jakich „Everest” przecież aspiruje. Koniec końców maestro się sprawdził, a gotowy soundtrack bez problemu spełnia swą rolę. Mimo to, wychodząc z kinowej sali można poczuć spory niedosyt.

 

Na ekranie nuty prezentują się dobrze, dostając zarówno dużo miejsca na wybrzmienie, jak i zaliczając kilka momentów chwały. Brakuje w nich jednak jakiejś większej wyrazistości, pazura lub czegoś, co podkreślałoby (po)wagę oraz dramatyzm ukazanych wydarzeń. Ilustracja miło sączy się z głośników, szczególnie podczas wszelakich panoram górskiego ogromu. Ale jest trochę za bardzo refleksyjna w swej naturze, co dobrze oddaje najmniej frapujące i w sumie zbędne na krążku „Arriving at the Temple” – minutowy wycinek z tamtejszej kultury mnichów. Paradoksalnie, przy całej tej mistycznej otoczce, score umie trafić do serca, ale nie odbija się echem w duszy.

 

Marianelli trafnie oddał majestat Everestu, w jego muzyce czuć również nastrój wielkiej przygody. Zabrakło mu jednak odwagi, by wyjść poza strefę bezpieczeństwa i narzucić dźwiękom konkretne tempo. Są one nazbyt spokojne, za dużo w nich lirycznej melancholii, a za mało natchnionych, podnoszących adrenalinę, intensywnych tematów. Nawet najciekawsze na albumie „Summit”, choć brzmi zwycięsko, jak na zdobycie szczytu przystało, nie posiada w sobie odpowiedniego ładunku emocji, czy też – mówiąc dosadnie – pierdolnięcia, które powodowałoby u odbiorcy przyjemne ciarki na skórze.

 

Kompozytor już od początkowego „The Call” nie stroni co prawda od akcji, ale ta jest strasznie zachowawcza, stanowczo za jednolita (nieustannie powracające, marszowe werble) i ani razu nie zostaje rozwinięta w jakąś niezapomnianą melodię. Gdy, tak jak chociażby w „The Lowdown”, wydaje się, iż maestro w końcu w pełni rozwinie skrzydła, utwory się kończą. Także osiągnięcie odpowiedniej, odnoszącej się do lokacji egzotyki naznaczone jest nadto oczywistą i w sumie niespecjalnie inspirującą obecnością zbioru lokalnych instrumentów pokroju dzwoneczków czy piszczałek. A kiedy do głosu dochodzi autentyczna dynamika („A Close Shave”), to sprawia wrażenie oderwanej od całości, atrakcyjnej, lecz odtwórczej podróbki mainsteamowego kina akcji.

 

Problem z „Everestem” jest taki, że to de facto solidna kompozycja, miejscami nawet bardzo (przepiękne solówki wiolonczeli, które przywołują klimaty „Siedmiu lat w Tybecie”), ale niestety pozbawiona większego charakteru, napięcia, rozmachu. Po części to wina samego, niezbyt wymagającego filmu. Nie uświadczymy tu ani drapieżności spowitych lodem szczytów, ani też bezlitosnej walki o przetrwanie w starciu człowieka z siłami natury. Pozostają pocztówkowe widoki najwyższej góry świata i niekończące się rozmowy telefoniczne okraszone rzewnymi, eterycznymi wokalizami. Niewykorzystany potencjał, z jakim warto się jednakże zmierzyć samemu. 3,5 nutki to moja finalna nota.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

The Call

02.

Setting Off from Kathmandu

03.

First Trek: Base Camp

04.

Arriving at the Temple – feat. The Monks of Tharig Monastery

05.

The Lowdown

06.

A Close Shave

07.

Starting The Ascent

08.

To Camp Four

09.

Someone Loves Us

10.

Summit

11.

Time Runs Out

12.

Lost

13.

Last Words

14.

Beck Gets Up

15.

Chopper Rescue

16.

Epilogue

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3  

J.B. 02-10-2015, 22:07

Zgoda, porządnie, ale bez błysku. Trochę ilustracyjnych standardów, za mało emocji. Za to "Epilogue" pierwsza klasa.


AM 06-10-2015, 13:56

Zgadzam się, " Epilogue" przepiękny:)


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz