• Nerve
  • Phantom Thread
  • Three Billboards Outside Ebbing, Missouri
  • Denial
  • Founder, The

Southpaw – score

data publikacji: 11/09/2015

Do utraty sił

Southpaw – score

"...nie rozkłada na łopatki..."

Kompozytor: James Horner

Rok produkcji: 2015

Wytwórnia: Sony

Czas trwania: 52:05 min.

 

Southpaw to potoczne określenie leworęcznego boksera – przeciwnika groźnego, gdyż trudnego do odczytania przez rywala. Bodaj najsłynniejszym przykładem takiego pięściarza jest Rocky Balboa, w którego od blisko 40 lat z powodzeniem wciela się Sylvester Stallone. Teraz dołącza do niego przypakowany Jake Gyllenhaal, który w najnowszym filmie Antoine’a Fuqua bije się dosłownie do utraty sił.

 

Jest to przy tym jedna z ostatnich produkcji, do której muzykę napisał zmarły niedawno James Horner – album z ilustracją, jak i sam film są zresztą jemu dedykowane. Kompozytor został także przypisany do kolejnego projektu reżysera, remake’u „Siedmiu wspaniałych”, zatem można przyjąć, iż „Southpaw” mógł być początkiem ciekawej i owocnej, acz niekoniecznie stałej współpracy. Fuqua lubi bowiem wracać do sprawdzonych nazwisk, nawet jeśli czyni to nieregularnie. Dwukrotnie odbił się do tej pory od Hansa Zimmera, trzy razy jego filmy oprawiał w nuty Mark Mancina, a przy swoim poprzednim dziele, „Bez litości”, ponownie sięgnął po Harry’ego Gregson-Williamsa.

 

I to właśnie on był jako pierwszy szykowany do bokserskiego pojedynku. Z nieznanych powodów szybko padł jednak na deski. Wtedy na ring wszedł Horner, który zgodził się nie wziąć ani centa za swój sparing, jako, że film zmagał się z ostrymi ograniczeniami finansowymi. Znamienne zatem, iż gotowy score raz po raz uderza w nas brzmieniem charakterystycznym dla stylu walki... HGW.

 

Elektronika jest zatem na porządku dziennym, aczkolwiek o agresywnych bitach można zapomnieć. Otwarcie soundtracku jest co prawda drapieżne, szorstkie, ale szybko objawia swą prawdziwą naturę – delikatnej, smutnej, wypełnionej drobnymi detalami (ledwie namacalne takty samotnej trąbki, dzwonki, eteryczne chóry – wszystko przepuszczone przez komputer), wręcz nieśmiałej kompozycji, jaka w tych bardziej romantycznych, tudzież nastrojowych fragmentach przypomina współczesną kołysankę dla bijących się z własnymi demonami, dużych chłopców w bokserkach.

 

Fani czteronutowca mogą przy tym odetchnąć z ulgą – pojawia się on w typowej dla maestro, dramatycznej formie. I tym razem słucha się go nad wyraz ciekawie, a nawet i świeżo – być może przez wzgląd na sporadyczne użycie tego znaku firmowego. Specyficzny, wychodzący na pierwszy plan fortepian, rzewne pociągnięcia smyczków oraz równie rozpoznawalne, wyznaczające w tle rytm uderzenia bębnów/elementów perkusyjnych są w większości przejmujące, a gdzieniegdzie działają nawet kojąco, swobodnie płynąc z głośników.

 

Z której strony by nie słuchać, oryginalności per se nie ma w tym za grosz. Ale to nie szkodzi, bo muzyka działa. Jej minimalistyczna forma wybija się co prawda tylko momentami, przez gros czasu raczej podświadomie docierając do odbiorcy. Ale lepsze to, niż nachalny sentymentalizm i epatowanie kliszowymi samplami. Na swój sposób jest to ilustracja przemyślana, która dojrzewa wraz z widzem/słuchaczem. Stąd poszczególne utwory może nie porywają melodyką lub różnorodnością stylistyczno-tematyczną. Lecz również nie nudzą – i to mimo mocno jednostajnego, nad wyraz stonowanego klimatu, monotonnego rytmu.

 

Bardzo pomaga w tym zjadliwa (jak na Hornera wprost śmiesznie krótka) płyta oraz adekwatny czas trwania poszczególnych utworów, z których tylko dwa osiągają niewygodne dla melomana rozmiary. „Suicidal Rampage” i „Hope vs Escobar” są jednocześnie jednymi z ciekawszych eksperymentów w całym materiale. Ten pierwszy oferuje sporo nieprzyjemnych, świdrujących mózg dźwięków, które trzymają jednak w napięciu przez cały czas. Z kolei drugi to bodaj jedyny reprezentant action score’u, a więc trochę żywszego, dynamicznego grania z zadziorną elektroniką oraz czymś na kształt fanfar. Niezbyt wyrafinowany to kawałek filmówki, ale trudno się przy nim nudzić.

 

Generalnie „Southpaw” nie rozkłada na łopatki. Nie wywraca też gatunku do góry nogami szybkim, prostym i pamiętnym ciosem; nie redefiniuje języka swego twórcy. Ale zaskakuje, intryguje, przykuwa uwagę, dodaje ruchomemu obrazowi charakteru i odrobiny serca. Czy HGW wyciągnąłby więcej z tematu? Trudno powiedzieć. Tak samo, jak trudno ostatecznie ocenić muzykę Hornera, która poza ekranem trafi głównie do najtwardszych, najbardziej wytrwałych zawodników – a i oni raczej nie dodadzą jej do ulubionych pozycji z dyskografii Jamesa Roya, które można katować raz po raz. Ale przypuszczalnie będą ją czasem odświeżać z szacunkiem – niczym stare, pełne wspomnień trofeum z okresu chwały...

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

The Preparations

02.

A More Normal Life

03.

A Fatal Tragedy

04.

The Funeral, Alone...

05.

Suicidal Rampage

06.

Empty Showers

07.

Dream Crusher

08.

A Cry for Help

09.

House Auction

10.

A Long Road Back

11.

Training

12.

How Much They Miss Her

13.

Hope vs Escobar

14.

A Quiet Moment

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3  

Tomasz Goska 11-09-2015, 17:36

Solidne rzemiosło, które na pewno nie jest łatwe, lekkie i przyjemne. Horner na ostatniej prostej swojej kariery poszedł w podskórną dramaturgię, czego efektem są właśnie takie prace. Więcej w recenzji na FilmMusic.pl


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz