• Swiss Army Man
  • Born To Be Blue
  • Miss Sloane
  • Hoax, The
  • Człowiek z magicznym pudełkiem

Unlawful Entry

data publikacji: 17/08/2015

Obsesja namiętności

Unlawful Entry

"...rodzaj snuja z momentami akcji..."

Kompozytor: James Horner

Rok produkcji: 1992

Wytwórnia: Intrada / Victor

Czas trwania: 35:15 min.

 

Bodaj każdy hollywoodzki wyjadacz ma na swoim koncie prace mniej znane i/lub cenione, tudzież kompletnie zapomniane. W dorobku Jamesa Hornera jednym z takich tytułów pozostaje „Unlawful Entry”, czyli w bardziej dosłownym tłumaczeniu bezprawne wtargnięcie (choć jakaś tam obsesja w filmie jest). Produkcja to prosta i dość oczywista, ale solidna, po latach wciąż trzymająca poziom, głównie aktorski (Kurt Russell vs Ray Liotta, a w tle ponętna Madeleine Stowe).

 

Angaż Hornera do tego projektu był zrozumiały, ale wcale nie oczywisty. Reżyser, Jonathan Kaplan, kilka lat wcześniej zrobił z nim „Project X” (Matthew Broderick i małpka na usługach wojska), choć najczęściej trzymał sztamę z Bradem Fiedelem. Ten ostatni, świeżo opromieniony sukcesem T2, miał jednak w owej chwili ręce pełne roboty – m.in. w zastępstwie Jerry’ego Goldsmitha przy „Gladiatorze”. Co ciekawe, to właśnie Goldsmith zajął kompozytorski stołek przy dwóch kolejnych filmach Kaplana.

 

Biorąc pod uwagę, iż jest to dość posępny thriller, który bazuje na powolnym podnoszeniu napięcia oraz poczucia zagrożenia, Horner wywiązał się ze swojego zadania należycie. A przynajmniej o wiele lepiej, niż uważa wielu zachodnich recenzentów. Niemniej pytanie, czy przywołani wyżej twórcy nie poradziliby sobie lepiej, może gdzieś tam w głowie kołatać po seansie, jak i odsłuchu tego – typowego, jak na ówczesne standardy wydawnicze – blisko półgodzinnego krążka, który zamyka się w ośmiu utworach.

 

O tym, że maestro dobrze odnalazł się w tej produkcji, świadczy bodaj najbardziej charakterystyczny dla kompozycji, jak i dla artysty temat przewodni, który spaja cały materiał, pojawiając się stosownie w „Main Title” i „End Credits” (oraz fragmentarycznie pomiędzy). To zaskakująco piękna, acz podszyta odpowiednią nutą tajemnicy, a nawet i smutku melodia, która łączy w sobie brzmienie saksofonu i fortepianu. Fakturą motyw ten, jak i w sumie cały soundtrack, przywołuje na myśl odrobinę „Raport Pelikana”, choć jest od niego z pewnością bardziej charakterystyczny. Być może przez wgląd na instrumentarium, w głowie majaczy też „Sneakers” oraz „Dom z piasku i mgły”. Są to jednak dość luźne skojarzenia, aniżeli wykładniki, bowiem u Hornera tamtego okresu podobnych, acz nie tak prostych, jak w późniejszych latach koneksji, można wyszukać o wiele więcej. Dość powiedzieć, że najmocniej w tym wszystkim czuć ducha późniejszego o rok... „Ściganego” Jamesa Newtona Howarda.

 

Podobnie zresztą, jak i w kinowej adaptacji przygód Richarda Kimble, w reszcie materiału do „Obsesji namiętności” przeważa raczej niezbyt przyjemny underscore (lecz bez tej namiastki romantyzmu). Nie jest to przy tym nadmiernie inwazyjna, tudzież irytująca i wywołująca migrenę tapeta. To raczej rodzaj snuja z momentami akcji, która ujawnia się głównie w środku płyty. „Leon's Death” oraz „Drug Bust” dalekie są przy tym od post-zimmerowskiego pojęcia action score’u. To muzyka bliższa horrorowym standardom, w której ‘coś się dzieje’, aniżeli pełnoprawnie dynamiczne utwory, do jakich wracać będziemy z ekscytacją.

 

Kompozytor nie daje nam na to zresztą większych szans, bowiem gęsto naznacza swoją ilustrację elektronicznymi eksperymentami, jakie w ponad 20 lat od premiery trudno jest bezboleśnie przyjąć na klatę, a co dopiero szczerze polubić. Mimo to jest ona – zwłaszcza w „Drug Bust” – całkiem ciekawym doznaniem, a na ekranie sprawnie dozuje emocje. Zresztą chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekiwał, że Ray Liotta będzie w tym filmie rozdawał dzieciom kwiaty w rytm walca. Soundtrack przekonująco oddaje zatem atmosferę ruchomego obrazu, nawet jeśli poza nim wypada już słabiej.

 

Największym zarazem problemem krążka pozostaje jego montaż. Zajmujące blisko 1/3 całego czasu „Pete's Passion”, chociaż posiada fajne momenty (z których jeden jako żywo przypomina mi brzmieniem... „Interstellar” Hansa Zimmera), to niezbyt dobrze broni się bez kontekstu, ciągnąc tym samym w dół początkowe zainteresowanie słuchacza. Jestem przekonany, że bez tego fragmentu, lub przy jego odpowiednim podziale na mniejsze, płyta zyskałaby jedynie na spójności oraz atrakcyjności – choć, rzecz jasna, ta ostatnia nigdy nie była tutaj priorytetem.

 

Takim dla miłośników hornerowskiego stylu nie był również, nie jest wciąż i raczej już nigdy nie będzie „Unlawful Entry”. W dorobku mistrza jest po prostu wystarczająco dużo bardziej znaczących, charakternych, pamiętnych oraz zwyczajnie lepszych (kom)pozycji, na które warto przeznaczyć czas i pieniądze. Nie oznacza to jednak, iż tą należy kompletnie zbagatelizować. Ode mnie ostatecznie 2,5 nutki.

 

P.S. Przez film przewija się także pięć utworów źródłowych: „Pa la Ocha Tambo i Just A Little Dream” Eddiego Palmieri, „Everybody's Free (To Feel Good)” by Rozalla, „Don't Go to Strangers” autorstwa J.J. Cale’a oraz „National Crime Awareness Week (Alfred Hitchcock Presents Mix)” grupy Sparks.

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Main Title

02.

Intruder

03.

Being Watched

04.

Leon's Death

05.

Drug Bust

06.

Bail Denied

07.

Pete's Passion

08.

End Credits

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3  

Tomasz Goska 21-08-2015, 18:34

No nie jest to najlepsza praca w dorobku Hornera, ale filmowo działa bardzo sprawnie. Dlatego też naciągnę na tą trójczynę. A niech ma!


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz