• 007: Die Another Day – remastered and expanded
  • Arthur Christmas
  • Star Wars, Episode VIII: The Last Jedi
  • Brimstone
  • Silence

Once Upon a Time in the West – expanded version

data publikacji: 31/07/2015

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie – wersja rozszerzona

Once Upon a Time in the West – expanded version

"...kompletne zespolenie ścieżki dźwiękowej z ruchomym obrazem..."

Kompozytor: Ennio Morricone

Rok produkcji: 2004

Wytwórnia: BMG

Czas trwania: 49:46 min.

 

Sergio Leone to dziś niemal synonim westernu – na sześć nakręconych w tym gatunku filmów (z czego jeden współ-reżyserowany), pięć powszechnie uważa się za klasykę. Apogeum geniuszu objawia się dokładnie w środku stawki, którym obok „The Good, the Bad and the Ugly” jest epopeja „C'era Una Volta Il West”. Blisko trzygodzinny fresk zilustrował rzecz jasna inny włoski kowboj i stary przyjaciel, Ennio Morricone, dla którego było to jeden z – bagatela – 20 projektów 1968 roku.

 

Maestro już dawno zdołał odcisnąć swe piętno na Dzikim Zachodzie, nie tylko dzięki wcześniejszym produkcjom Leone. Poniekąd OUATITW stanowi więc i dla niego punkt szczytowy, o którego obecnej kultowości nawet nie trzeba wspominać. O tym, jak kluczowe i nieodzowne są dla tych filmów jego nuty, dosadnie przekonujemy się już na początku „Dawno temu...”, kiedy to ostre, nieprzyjemne dźwięki gitary elektrycznej uświadamiają małego chłopca o masakrze, jaka właśnie się dokonała. Niesamowite i kompletne zespolenie ścieżki dźwiękowej z ruchomym obrazem, a jednocześnie pewien standard u tego duetu.

 

Jak na ironię – w porównaniu do wcześniejszych i późniejszych prac włoskiego mistrza – ten tytuł nie pęka jednak w szwach od legendarnych tematów, przez większość czasu będąc raczej wyciszoną, wyczekującą i bardzo cierpliwą kompozycją. Owszem, to właśnie tu ma swoją genezę rzewna, harmonijkowa, kultowa melodia („Man With a Harmonica”), która nagle wybucha do iście epickich rozmiarów, angażując sporą część orkiestry. Lecz generalnie Morricone stawia karty na lirykę, jakiej pozwala stosownie się rozwinąć.

 

Taki jest właśnie tytułowy motyw przewodni, który powraca na zasadzie klamry w finale – anielskie wokalizy Eddy Dell'Orso oraz liczne smyczki tworzą tyleż przejmującą, co pełną przepychu chwilę. Takie są również tematy większości głównych postaci – dostojne „Jill's America” z delikatnymi chórami, które także składają się na ikoniczną sekwencję filmu; nieco nostalgiczny, smutny, podszyty niepokojem „Frank” (wychodzący niejako od tematu Harmonijki) oraz będący mieszanką nadziei, niewinności i bezsilności „Morton”. Ważkim, ale – tak, jak na ekranie – trzymającym się nieco na uboczu elementem jest też zadziorne i zdecydowanie weselsze od reszty „Farewell to Cheyenne”, z obowiązkowymi gwizdami, wybijającą rytm gitarą i przypominającym stukot końskich kopyt, sympatycznym efektem.

 

Niemal każdy z tych tematów zostaje powielony w stosownej wariacji (ciekawie wypada „Jill” i „A Dimly Lit Room”), lecz poza nimi Morricone serwuje już jedynie klimatyczne tło, które poza filmem wypada raczej średnio, a czasem wręcz słabo. Nie brakuje mrocznego underscore’u, który poza kontekstem zwyczajnie nie istnieje (wszystkie „...Tavern”, zbudowane na perkusjonaliach „The Transgression”, krótkie „The Man” czy składające się z chaotycznych pociągnięć harmonijki „Death Rattle”). W kilku fragmentach daje też o sobie znać prostota i wiek muzyki (strasznie chropowaty, a przez to lekko archaiczny początek „As a Judgement” oraz słaby dźwięk w utworze tytułowym), które mogą irytować.

 

Trafiają się również takie rodzynki, jak kompletnie burzące nastrój, slapstickowe „Bad Orchestra”, którego trafna nazwa przekonuje o tym, iż w ogóle nie powinno zostać uwzględnione na albumie. Wydanie płytowe cierpi przy tym także na aranżacjach nie do końca odpowiadających tym ekranowym i braku chronologii – tak na edycji podstawowej, jak i opisywanej tu rozszerzonej, która oferuje 7 nowych utworów, co równe jest 12 dodatkowym minutom grania (w gustownym digipacku). Nie jest to przy tym najpełniejszy album. Taki wypuściło dopiero rok później włoskie GDM Music – 27 utworów i aż 65 minut zremasterowanego, ułożonego chronologicznie oraz zatwierdzonego przez samego maestro materiału, uzupełnionego grubą książeczką w specjalnym opakowaniu.

 

  

 

Niezależnie jednak od rodzaju (i formatu) krążka, a także tych paru niuansów, jakie potrafią doskwierać poza filmem, nie ulega wątpliwości, że „Once Upon a Time in the West” to tytuł, który nie tylko przeszedł do historii, ale w znaczący sposób ją ukształtował. Skończone arcydzieło, które można jedynie gorąco rekomendować tym, którzy go jeszcze nie znają. Zasługuje na to.

 

P.S. Piosenka, którą w jednej ze scen nuci córka McBaina, to „Danny Boy” Fredericka Edwarda Weatherly.

 

  

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Once Upon a Time in the West

02.

As a Judgement

03.

Cheyenne

04.

The Transgression

05.

Harmonica

06.

The First Tavern

07.

The Second Tavern

08.

The Third Tavern

09.

Jill

10.

Man with a Harmonica

11.

A Dimly Lit Room

12.

Frank

13.

Bad Orchestra

14.

Morton

15.

Jill's America

16.

The Man

17.

Epilogue

18.

Death Rattle

19.

Farewell to Cheyenne

20.

Finale

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 5  

DominikCh 04-08-2015, 22:20

Wiadomo, ocena może być tylko jedna, z tym że ja tam akurat lubię "Bad Orchestra", nawet jeśli nie za bardzo pasuje do reszty materiału :)


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz