• Silence
  • Get Out
  • Allied
  • Thank You for Your Service
  • Marie Curie

Hobbit, The: The Battle of Five Armies – Special Edition

data publikacji: 31/12/2014

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii – Edycja Specjalna

Hobbit, The: The Battle of Five Armies – Special Edition

„...naczelnym grzechem serii pozostaje fatalna ekspozycja tematów...”

Kompozytor: Howard Shore

Rok produkcji: 2014

Wytwórnia: WaterTower Music

Czas trwania: 108:01 min.

 

Pora odetchnąć z ulgą. Największe rozczarowanie dekady w muzyce filmowej dobiega końca. Ileż było utyskiwania i biadolenia na to, co Howard Shore zrobił z dziedzictwem „Władcy Pierścieni”. Najpierw „Niezwykła podróż” raziła wtórnością i bezmyślnością w wykorzystywaniu starych motywów, potem „Pustkowie Smauga” irytowało nudnym underscorem. Co przynosi finał tej, jakże wdzięcznej do krytykowania, trylogii?

 

Przede wszystkim „Bitwa Pięciu Armii” proponuje pewną zmianę optyki. W jej kontekście trochę inaczej patrzy się na dwie poprzednie części. Łatwiej zrozumieć konstrukcję niektórych utworów, wreszcie można docenić staranność i konsekwencję w budowaniu i eksploatowaniu tematów. Nie przyćmiewa to wszelkich wad, ale pozwala na nieco przychylniejsze spojrzenie.

 

Dla nowej trylogii Howard Shore stworzył ścieżkę dźwiękową akcentów. W przeciwieństwie do „Władcy Pierścieni” nie konstruuje tematycznie jednolitych i narracyjnie szerokich utworów, ale tworzy chaotyczne ściany dźwięków, z których w uzasadnionych fabularnie momentach wychodzą drobne akcenty – krótkie uderzenia motywów, czy tylko lekkie zmiany brzmienia. Można to nazwać tematycznym mickey-mousingiem. Muzyka wylewa się z głośników niekoniecznie ściśle związana z każdym ekranowym ruchem, natomiast wszystkie elementy, które otrzymały swój dźwiękowy odpowiednik, muszą zostać nim podkreślone.

 

Stąd wynika największy kłopot przy samodzielnym odsłuchu właściwie każdej części, ale chyba „Bitwy Pięciu Armii” szczególnie. Niezłe tematy zostają boleśnie ścieśnione. Brakuje im przestrzeni, by się rozwinąć i porwać słuchacza. Jest to szalenie frustrujące. Już prawie się słyszy ten pełen rozmachu, porywający wybuch melodii, a ona nagle zapada się, zostaje pokryta gęstymi, w gruncie rzeczy mało poza ekranem interesującymi dźwiękami. Świetnym tego przykładem jest utwór „Battle for the Mountain”. Przez niemal pół minuty wybrzmiewa jeden cudownie patetyczny, smyczkowy temat związany z armią Daina, po krótkiej przerwie zyskuje jeszcze bardziej intensywną, olśniewającą aranżację i... po 20 sekundach się kończy. W takich momentach ma się szaleńczą ochotę trzasnąć w głośniki. Inna sprawa, że te fantastyczne kawałki są w niemal całkowicie zagłuszone w filmie.

 

Na szczęście motywu Daina można już w bardziej atrakcyjnej formie posłuchać na początku udanej suity „Ironfoot”. Wówczas towarzyszą mu też bardzo dopasowane dudy, które w filmie odzywają się bodaj raz, na króciutką chwilę. Innych tematów to szczęście nie spotyka. Kompania Thorina otrzymuje na przykład bardzo zgrabny motyw wojenny (początek „Sons of Durin”). Są tu i mocne, patetyczne dęciaki i jakże krasnoludzkie skandowanie męskiego chóru. Gdyby udało się go solidniej wyeksponować, mógłby stanowić ładną przeciwwagę do „Misty Mountains” z części pierwszej. Niestety, on także pojawia się jedynie w kilkunastosekundowych momentach.

 

Ostatecznie wkład tematyczny ostatniej części, choć solidny i zdecydowanie wypełniony epicką siłą, której tego rodzaju film tak bardzo potrzebuje, wydaje się skrępowany i przez to łatwo ginie. W „Bitwie Pięciu Armii” powraca też oczywiście masa motywów znanych z poprzednich części. Niektóre zresztą są bardzo inteligentnie wykorzystane. Bardzo dobry, wijący się temat Smauga naturalnie króluje, gdy bestia niszczy miasto Esgaroth. Otrzymuje wówczas hałaśliwą, heroiczną i pozornie ciężką, podszytą dusznymi smyczkami aranżację („Fire and Water”). Znakomicie komponuje się wówczas z efektowną fanfarą przypisaną Bardowi Łucznikowi i fragmentami chóralnymi. Bardzo plastycznie udaje się w ten sposób muzycznie przedstawić walkę dwóch, jakże różnych sił.

 

Najciekawsze następuje jednak dopiero później. Wydaje się bowiem, iż po śmierci smoka, jego temat w sposób naturalny musi zniknąć. Ten jednak powraca i ślizga się cicho, ilustrując obsesyjną chciwość Thorina. Doskonały pomysł miał także Shore (Jackson?) na wykorzystanie kapitalnego motywu Esgaroth. Nie odzywa się on bowiem ani w trakcie niszczenia miasta, ani gdy jest ono opłakiwane. Po raz pierwszy wybrzmiewa w scenie, kiedy ludność wkracza do leżącego pod górą Dali. W ten sposób świetnie podkreślone zostaje, iż Esgaroth nie stanowiły budynki, lecz mieszkający w nich ludzie.

 

Aż dziwi, jak wielką frajdę sprawiają też drobiazgi. Chociażby przy rozstaniu Bilba z Gandalfem pojawia się króciutki motyw, który towarzyszył ich spotkaniu. Żaden widz w kinie tego nie zauważy, ale w muzyce przecież o to chodzi, by pewne rzeczy podkreślać trochę podprogowo, a nie tylko powracającym w pełnej krasie motywem Shire'u. Najmocniejszym akcentem zakończenia i tak pozostaje przy tym piosenka Billy'ego Boyda. Wielu słuchaczy zdążyło już ponarzekać, że jest banalna i za bardzo przypomina „Into the West”. Ma jednak to, czego tak boleśnie brakowało „I See Fire” z „Pustkowia Smauga”. Idealnie wpasowuje się w klimat sagi. Trudno wyobrazić sobie lepszą ilustrację końca wielkiej przygody. Jej delikatna linia melodyczna podszyta została łagodną symfoniką, która komponuje się z epickim kinem. Głos Boyda fantastycznie faluje od niemal falsetu do głębszych i mocniejszych brzmień. Z każdym odsłuchem „The Last Goodbye” robi na mnie coraz większe wrażenie, jakby jej uroda z początku się kryła, by dopiero po jakimś czasie się wyzwolić.

 

 

Niestety nie da się tego powiedzieć o całej ścieżce dźwiękowej. W gruncie rzeczy nie ma w niej nic zaskakującego – ani w złym, ani dobrym sensie. Jest mniej wtórna, niż „Niezwykła podróż”, a pod względem odsłuchu na płycie zdecydowanie przebija „Pustkowie Smauga”. W pewnym sensie porządkuje też materiał poprzednich części i uwypukla jego zalety. Naczelnym grzechem serii pozostaje fatalna ekspozycja tematów, a przecież w ciągu trzech obszernych kompozycji nagromadziło się ich całkiem sporo i niektóre aż się proszą o pełne rozmachu, zwolnione z ilustracyjnej klaustrofobii wykonanie. Po dwóch latach od premiery „Niezwykłej podróży” nie ma już oczywiście mowy o rozczarowaniu, tylko nieśmiała nadzieja, że to, co dobre w tej muzyce, znajdzie kiedyś odpowiednią, satysfakcjonującą formę.

 

P.S. Zainteresowanych serdecznie zapraszam również do lektury mojej recenzji filmu.

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

Fire and Water

02.

Shores of the Long Lake

03.

Beyond Sorrow and Grief (Extended Version)

04.

Guardians of the Three (Extended Version)

05.

The Ruins of Dale

06.

The Gathering of the Clouds (Extended Version)

07.

Mithril

08.

Bred for War

09.

A Thief in the Night

10.

The Clouds Burst

11.

Battle for the Mountain

CD 2

01.

The Darkest Hour

02.

Sons of Durin

03.

The Fallen

04.

Ravenhill

05.

To the Death (Extended Version)

06.

Courage and Wisdom

07.

The Return Journey

08.

There and Back Again

09.

The Last Goodbye – Billy Boyd

10.

Ironfoot (Extended Version)

11.

Dragon-Sickness (Exclusive Bonus Track)

12.

Thrain (Exclusive Bonus Track)

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 2  

hr.dooku 03-01-2015, 16:06

Najgorszy soundtrack z tolkienowskich adaptacji.


Mefisto 20-01-2015, 21:21

Zawód i porażka. Niby kilka utworów jest niezłych, ale całościowo - zwłaszcza w edycji rozszerzone - to zwykła strata czasu.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz