• Doctor Strange
  • Miss Peregrine’s Home for Peculiar Children
  • Sing – score
  • Sing – Deluxe Edition
  • Split

Hannibal – season 2

data publikacji: 13/10/2014

Hannibal – seria 2

Hannibal – season 2

"...pozornie nie zmieniło się tu nic..."

Kompozytor: Brian Reitzell

Rok produkcji: 2014

Wytwórnia: Lakeshore Records

Czas trwania: 70:31 min.

Hannibal – season 2

"...za dziwaczne dla uszu..."

Kompozytor: Brian Reitzell

Rok produkcji: 2014

Wytwórnia: Lakeshore Records

Czas trwania: 73:34 min.

 

Hannibal Lecter powrócił w drugiej odsłonie serialu Bryana Fullera, który dostrzegł i dopracował swe wcześniejsze błędy, skupiając się na psychologicznej grze pomiędzy doktorem i agentem Grahamem, który poznał jego naturę. Nadal jest to wizualnie dopięte  na ostatni guzik kino (na małym ekranie), z ponurą atmosferą. I raz jeszcze za muzykę odpowiada Brian Reitzell, który również zrobił pewne postępy.

 

Wciąż jest mrocznie, tajemniczo i psychodelicznie, lecz początek płyty jest bardzo obiecujący i o wiele przystępniejszy od wcześniejszych albumów. Nie brakuje agresywnych uderzeń perkusji, dziwacznych dźwięków (gnieciona pusta butelka? w „Kaiseki” z idącymi mocno w stronę grozy kotłami i dzwonami), ale konstrukcja suit jest bardziej zwarta, a instrumentarium (cymbałki i flety w „Sakizuki” z ładnym solo skrzypiec w połowie) – jak można stwierdzić po tytułach odcinków – skręca lekko w azjatyckie klimaty.

 

Nie brakuje też, znanych z poprzedniej serii, dźwięków towarzyszących odtwarzaniu zbrodni przez Grahama oraz równie przerażających solówek skrzypiec („Hassun”, gdzie wpleciono także grzechotkę, kastaniety i tykanie jakiegoś mechanizmu), różnorakich zniekształceń, organów („Takiawase” – mocno ilustracyjny środek), bzyczenia owadów, bicia serca, a nawet odgłosów wody.

 

Raz jeszcze słychać wiele dysonansów oraz (ciut za długich) momentów wyciszenia, a i suity ponownie wywołują niekiedy lęk przed ich długością (najkrótsza trwa sześć minut). Trudno tu zresztą znaleźć jakieś ciekawsze tematy – to głównie potężny underscore. Nawet zgrabne wplecenie muzyki klasycznej („Futamuno” – fragment na klawesynie zagrany przez samego Lectera, ale to połowa utworu) nie do końca ratuje ten album. Jest troszkę lepiej, niż w przypadku wcześniejszych odsłon, choć pozornie nie zmieniło się tu nic – jedynie wyjątkowo silne oddziaływanie muzyki na ekranie. Być może dlatego będę odrobinkę łaskawszy i dam 3,5 nutki.

 

 

Tak, jak w przypadku pierwszej serii, muzykę z drugiej też wydano na dwóch woluminach. Jeśli jednak myślicie, że Vol. 2 jest w jakiś sposób lepszy, to... nie macie racji. Stylistycznie nadal mamy do czynienia z tym samym podejściem do ilustracji, czyli nieprzepastnym underscorem z okazjonalnymi popisami perkusji, która ma tutaj jednak wiele do roboty. Całość jest nadal mroczna i przez to może nawet bardziej ciężkostrawna, niż Vol. 1 (co w przypadku tej produkcji jest chyba regułą), acz znajdziemy tu również pewne przebłyski geniuszu.

 

Najbardziej wyczuwalne jest to w „Naka-Choko”, gdzie pojawia się lekko psychodeliczna elektronika zmieszana z dynamiczną perkusją i kotłami, co ma budować stan po psychotropach u nowego pacjenta – Masona Vergera (podobnież w „Tome-Wan”), czy pojawiające się niemal pod koniec tego utworu delikatne wejście harfy. W pewnej chwili słychać coś na kształt syreny alarmowej w tym kolosie, choć włącza się ona zdecydowanie zbyt późno na tym zdecydowanie za długim wydawnictwie.

 

Nadal nie brak dziwacznego eksperymentowania z dźwiękiem (w soundtrack wpleciono nawet... ludzkie kroki), perkusyjnego ‘naparzania w gary’ oraz elektronicznego tła, coraz częściej działającego usypiająco. Powracają też oczywiście elementy azjatyckie (dziwaczna mandolina w „Ko No Mono” lub końcówka „Tome-Wan”), lecz nie są one w stanie rozruszać całego wydawnictwa, które jest zbyt spokojne i/lub mroczne oraz częstokroć za dziwaczne dla uszu melomana (chociażby ‘wietrzny’ początek „Mizumono”).

 

Jedynie końcówka płyty bardziej się wybija – dodatkowy utwór, „Bloodfest”, opisujący scenę krwawego finału oraz wpleciony w poprzednią melodię fragment muzyki Jana Sebastiana Bacha. Ale to trochę za mało, by męczyć się z resztą ilustracji przez ponad godzinę.

 

Krótko mówiąc (bo dłużej nie ma to żadnego sensu): „Hannibal” poza ekranem nie ma właściwie żadnej racji bytu. Jest to tak ciężka i nieprzystępna praca, że w ogóle nie powinna być wydawana w formie autonomicznej. I albo producenci w końcu to zrozumieją albo Reitzell zmieni podejście i popracuje trochę nad warsztatem. Nie liczyłbym jednak na żadne z tych rozwiązań. Moja finalna nota to 2,5 nutki.

Autor recenzji: Radosław Ostrowski


CD 1

01.

Kaiseki

02.

Sakizuki

03.

Hassun

04.

Takiawase

05.

Mukozuke

06.

Futamuno

07.

Yakimono

CD 2

01.

Su-Zakana

02.

Shiizakana

03.

Naka-Choko

04.

Ko No Mono

05.

Tome-Wan

06.

Mizumono

07.

Bloodfest (from Mizumono)

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz