• Witch, The
  • Sing Street
  • Firestarter
  • Hitman’s Bodyguard, The
  • Klute / All The President's Men

Grande bellezza, La

data publikacji: 09/10/2014

Wielkie piękno

Grande bellezza, La

„... podróż przez świętości, zabawę, romantyzm i nostalgię...”

Kompozytor: Lele Marchitelli, różni wykonawcy

Rok produkcji: 2013 / 2014

Wytwórnia: Universal Italy / Decca International

Czas trwania: 144:08 min.

 

Barokowa oprawa „Wielkiego piękna” kontrastuje z wdzięczną prostotą opowiadanej tam historii. Główny bohater, Jep, rozlicza się ze swoim życiem próżniaka, ale temu intymnemu procesowi towarzyszą ekstrawaganckie okoliczności, pełna rozmachu sceneria Rzymu i urok sennego marzenia. Twórcom filmu nie udałoby się rzecz jasna wywołać tak sugestywnego efektu bez doskonale dobranej muzyki.

 

Zasadniczo ścieżka dźwiękowa do „Wielkiego piękna” stanowi miszmasz utworów o najrozmaitszej proweniencji. Znajdują się tu i nowoczesne, klubowe dźwięki, i religijne pieśni, i pop, i liryczne wyjątki z klasyki. Ten eklektyczny zestaw usprawiedliwia wystudiowane dziwactwo filmu, ale też wielość symboli – religijnych, kulturowych, erotycznych – splecionych w efektownym i lekko snobistycznym uścisku.

 

Bogactwo muzycznej oprawy producenci zaprezentowali na długim, dwupłytowym wydaniu. Wydając tak obszerny materiał, trzeba mieć dobry pomysł. W przeciwnym razie powstaje nudne, chaotyczne monstrum, niezależnie od tego, jak muzyka wypadała w filmie. Na szczęście „Wielkie piękno” stanowi przykład wyśmienicie skonstruowanego soundtracku. Hollywoodzcy producenci mogliby się na jego przykładzie wiele nauczyć.

 

Pierwsza płyta zabiera słuchacza w sferę sacrum. Do pewnego stopnia większość utworów ma bardzo podobną budowę – wyrazistą warstwę wokalną i wyciszony akompaniament. Nie wszystkie w istocie odnoszą się do religii, ale nastrój niemal mistycznego uniesienia dominuje na krążku. Aby jednak nie stał się zbyt męczący w swej wzniosłości, pojawia się element równowagi. Oryginalne kompozycje Lele Marchitellego dodają trochę lirycznego spokoju, ciepłego, bliskiego romantyzmu.

 

Jeżeli komuś dusza nie uniesie się ani o centymetr podczas słuchania choćby „Dies Irae” Zbigniewa Preisnera, ani nie ukoją go czułe smyczki Marchitellego, niech spróbuje nie dać się porwać „The Beatitudes” Władimira Martynowa w brawurowym wykonaniu Kronos Quartet. Tytuł utworu ma jednoznacznie religijne konotacje (znaczy dokładnie „błogosławieństwa”), ale bliższy pozostaje oryginalnej ilustracji w swojej rozczulającej łagodności, tęsknej marzycielskości. Jego oparta na wariacjach jednego motywu struktura tworzy niejako obraz spirali pamięci, która powraca uparcie do tych samych momentów, nabierających przy tym coraz to innego smaku. Nie dziwi, że właśnie „The Beatitudes” stało się wiodącym tematem filmu. Nie tylko doskonale wpisuje się w jego żarliwie nostalgiczny nastrój, ale niejako go uzasadnia. Muzyka najlepiej ze sztuk potrafi oddać tęsknotę za nieistniejącym.

 

Druga płyta przynosi z początku diametralną zmianę nastroju. Uderza muzyką klubową. Nie można było tego uniknąć, skoro jedna z początkowych sekwencji filmu to długa i fantastycznie sfilmowana podróż po urodzinowym przyjęciu Jepa. Proszę jednak zauważyć, jak gładko ścieżka dźwiękowa przepływa z tych rejonów, przez wyciszoną elektronikę, ku popowym balladom. Następnie skręca w stronę łagodnej muzyki ilustracyjnej, zahacza o jazz, latynoskie klimaty, by powrócić na klubowy parkiet. Słuchacz dostaje więc kalejdoskop stylów i konwencji, ale tak zmyślnie zmontowany, że nie ma mowy o żadnych estetycznych zgrzytach.

 

W tę zmienność dobrze wpisuje się, silniej reprezentowany niż na pierwszej płycie, Lele Marchitelli. Poza sentymentalną liryką prezentuje też lżejsze gitarowe „Settembre non comincia”, zaprasza do rumby za pomocą „Color My World”, wreszcie odpowiada za jazzową końcówkę ścieżki dźwiękowej. Muzyka oryginalna może nie zaznacza się mocno w obrazie, ale stanowi pomost między różnymi stylami. Na płycie zresztą prezentuje się dobrze sama w sobie.

 

Potrzeba było jednak sporego wysiłku i dużo dobrego smaku, by sklecić tego rodzaju wydawnictwo. Nie tylko właściwie podzielono bogaty materiał między dwie płyty, ale też uporządkowano każdą z nich. Dzięki temu powstała muzyczna propozycja, która zachwyci nie tylko miłośników filmu. Każdy może się udać w tę wysmakowaną podróż przez świętości, zabawę, romantyzm i nostalgię. Jest to podróż długa, barwna, pełna wzruszeń i zapadających w pamięć momentów. Co zaś może najważniejsze, od początku skrzy się też marzeniem o powrocie.

Autor recenzji: Jan Bliźniak


CD 1

01.

I Lie – David Lang

02.

World to Come IV – Maya Beiser

03.

My Heart’s is in the Highlands – Arvo Pärt

04.

Time – Lele Marchitelli

05.

The Beatitudes – Kronos Quartet

06.

Dies Irae – Zbigniew Preisner

07.

The Lamb – John Tavener

08.

Symphony in C major: II. Andante (Adagio) – Georges Bizet

09.

River Flows – Lele Marchitelli

10.

Symphony No.3: III. Lento (Cantabile semplice) – Henryk Górecki

11.

Beata Viscera – Vox Clamantis

CD 2

01.

Far L’Amore (Club Mix) – Bob Sinclar & Raffaella Carrà

02.

More Than Scarlet – Decoder Ring

03.

Take My Breathe Away – Gui Boratto

04.

Brain Waves – Lele Marchitelli

05.

Everything Trying – Damien Jurado

06.

Parade – Tape

07.

Color My World – Lele Marchitelli

08.

Forever – Antonello Venditti

09.

Surge of Excitement – Lele Marchitelli

10.

Water from the Same Source – Rachel’s

11.

Settembre non comincia – Lele Marchitelli

12.

Ti Ruberò – Monica Cetti

13.

Trumeau – Lele Marchitelli

14.

Que No Se Acabe El Mambo – La Banda Gorda

15.

We No Speak Americano – Studio Allstars

16.

Discoteca – Exchpoture

17.

Mueve La Colita (Remix 2012) – El Gato DJ

18.

Ramona – Lele Marchitelli

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3.5  

Mefisto 28-01-2015, 18:42

Odpadłem już przy pierwszym krążku - artyzm i wielka klasyka aż do zarzygania, a wieje nudą tak, że aż mi pokój przewietrzyło. Nie wiem, może w filmie wypada to lepiej, ale płytowo jest to pozycja dla tych, co mają 2,5 godziny na zbyciu dla medytacji, by nie powiedzieć wprost, że snu.


Krystian 29-01-2015, 11:28

Coż, nie wszyscy potrafią słuchać klasykę :D


Mefisto 29-01-2015, 13:21

Daruj sobie przytyki, o wielki znawco, obrażony za personalne noty dla "wielkich" :P Tu przede wszystkim nie chodzi o klasykę samą w sobie (bo część z tych utworów jest naprawdę ładna, część znam, a część... nie jest klasyką), ale o konstrukcję soundtracku i jego atrakcyjność oraz wrażenie, jakie wywołuje - w końcu ileż można przynudzać (a to wszak połowa wydania dopiero!)? Zresztą być może jeszcze zmienię zdanie po seansie


Tony 07-04-2016, 13:47

Soundtrack jest fantastyczny! Jeśli kogoś znudził proponuję posłuchać Margarety albo Bednarka. Na płytach jest pięknie...koniec, kropka! Btw inteligentni podobno się nie nudzą, a już na pewno swym nudnym odbiorem nie zanudzają innych. Koleś raz się poczuł znudzony i siada do opinii. Plus za to, iż może zmieni jeszcze zdanie (y). Oby, bo to fantastyczna muzyka fillmowa i zasługuje na coś więcejj


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz