• Our Kind of Traitor
  • Assassin’s Creed
  • Domino
  • Catch-22
  • Glass

Last of the Mohicans, The

data publikacji: 11/05/2006

Ostatni Mohikanin

Last of the Mohicans, The

"....ta płyta nie jest żadnym arcydziełem..."

Kompozytor: Trevor Jones & Randy Edelman

Rok produkcji: 1992 / 1993

Wytwórnia: Morgan Creek / Polydor / Edel

Czas trwania: 54:51 min.

Zwykło się mówić że "co dwie głowy to nie jedna" i trudno się z tym nie zgodzić. Siła połączonych umysłów potrafi zdziałać naprawdę wiele. Niestety jeśli chodzi o muzykę filmową, to jakoś nie zawsze ta reguła wydaje się poprawna. Kiedy przypomnieć sobie wspólne wysiłki Briana Tylera i Klausa Badelta przy "Constantine" czy Hansa Zimmera i Jamesa Newtona Howarda przy "Batman: Początek", to w końcu żadne arcydzieła nie miały miejsca. Jest jednak taka ścieżka dźwiękowa, która zdaje się jednak tę słynną regułę potwierdzać – chociaż może nie do końca...

"Ostatni Mohikanin", bo o tej muzyce mowa, został przez wielu obwołany absolutnym arcydziełem. Jego popularność ciągle mnie zdumiewa i zaskakuje, bo - od razu to zaznaczę - nic nieziemskiego i nadzwyczajnego w nim nie słyszę. A mimo to niemal za każdym razem kiedy nowo poznanym osobom przedstawiam się jako miłośnik muzyki filmowej, jestem pytany o to czy mam muzykę z "Ostatniego Mohikanina" i czy mogę ją pożyczyć. Zdumiewające. Przesłuchałem tę ścieżkę dźwiękową dziesiątki razy i nigdy nie dałem się porwać tym podniosłym tematom, lirycznym melodiom i idei współpracy dwóch niezwykle utalentowanych kompozytorów... może dlatego że taka współpraca nigdy nie miała miejsca?

I to jest właśnie ten haczyk, który nie pozwala mi zakwalifikować "Ostatniego Mohikanina", do reguły "co dwie głowy to nie jedna". Tak się bowiem składa, że chociaż autorami całej ścieżki dźwiękowej są Trevor Jones i Randy Edelman, żaden ze znajdujących się tutaj utworów nie został skomponowany wspólnymi siłami. Mimo że teorii na temat zatrudnienia dwóch kompozytorów przy tym filmie jest wiele, to niezaprzeczalnym pozostaje fakt braku kooperacji między oboma twórcami. Podobno jako pierwszy muzykę napisał Trevor Jones, który z projektem pożegnał się z powodu różnic natury artystycznej między nim a reżyserem – Michaelem Mannem. Wtedy zatrudniono Randy’ego Edelmana, który otrzymał zadanie niejako dokończenia pracy Jonesa. W praktyce oznaczało to dokomponowanie muzyki do kilku scen, które prawdopodobnie uległy zmianie i których muzycznie nie chciał już przerabiać poprzedni kompozytor. Efektem takiej roszady jest pewne zróżnicowanie ścieżki dźwiękowej, bowiem Edelman stworzył swoją muzykę od podstaw, nie przejmując się tym co skomponował wcześniej Jones i kompletnie do tego nie nawiązując. W filmie jest to mniej zauważalne niż na płycie, którą zwyczajnie podzielono na dwie części...

Pierwszą część stanowią kompozycje Trevora Jonesa, których jest tutaj dziewięć. Jest to główny materiał tematyczny pojawiający się na ścieżce dźwiękowej filmu. Kompozytor stworzył tutaj niezwykle chwytliwy i prosty temat, który przerabia w kolejnych kompozycjach na wszystkie sposoby i wychodzi mu to bardzo dobrze. Dominują głównie bardzo dynamiczne i podniosłe klimaty. Poszczególne utwory mają podobną strukturę polegającą na dokładaniu kolejnych instrumentów i motywów, co sprawia wrażenie ewolucji. Każdy utwór zdaje się zmierzać do jakiegoś celu, którym zazwyczaj są podniosłe fanfary, dające wrażenie katharsis. Tylko bardzo liryczne "The Kiss" zdaje się unikać tego schematu ale temat przewodni i tak zostaje w nim po raz kolejny powtórzony. Muzyka akcji, towarzysząca w filmie scenom walk i pogoni, oparta jest raczej na standardowych rozwiązaniach, które jednak sprawują bardzo dobrze. Mamy zatem rytm wybijany przez werble – kojarzące się z wojskiem i walką – do tego sporo niskich basów potęgujących nastrój grozy no i piękną melodię, która łatwo zapada w pamięć, ale i podkreśla motorykę kompozycji. Żeby łatwiej dostrzec te schematy wystarczy wsłuchać się w "Fort Battle" czy "Massacre/Canoes".

Nie brakuje tutaj też pewnych instrumentalnych smaczków, które wprowadzają nieco egzotyki. Takim elementem jest tutaj ciekawa sekcja smyczkowa brzmiąca niczym jakaś irlandzka przygrywka. Powtarzana nieustannie i monotonnie, kojarzy się w dość nietypowy sposób z minimalizmem. Najistotniejsze jest jednak to, że ten pojawiający się w "Promentory" motyw, napędza całą kompozycję. Nadaje jej rytm i sprawia że aż chce się tupać nogą, nie zwracając nawet uwagi na to że od ponad czterech minut słucha się tego samego...

Druga część płyty, to kompozycje Randy’ego Edelmana – kompozytora, który dostał zadanie wykończenia oprawy muzycznej do "Ostatniego Mohikanina". Już jego pierwsza kompozycja – "The Courier" – pokazuje, że z tematem i stylem muzyki Trevora Jonesa możemy się już pożegnać. Oczywiście nie jest to jakaś kolosalna zmiana koncepcji, ale zarówno pod względem instrumentarium jak i melodyki, Edelman poszedł w swoją stronę. Brakuje już tutaj tego epickiego patosu poprzedniego kompozytora. "The Courier" oparty jest na bardzo rytmicznej grze gitary i ładnym temacie, który wygrywany jest przez różne sekcje orkiestry – słychać nawet akordeon. Jest to zdecydowanie jeden z najlepszych utworów na płycie, podobnie zresztą jak kolejny autorstwa Edelmana – "Cora". Piękne i spokojne harmonie wygrywane przez smyczki tworzą tutaj niezwykle romantyczny temat. Mimo że pozornie niewiele się tutaj dzieje, to jest to najbardziej emocjonująca kompozycja na płycie.

Od tego momentu kończy się jednak wysoki poziom krążka. Kolejne utwory Edelmana to już tylko bezbarwne i męczące tło, mające niewiele do przekazania. Panuje tutaj wyłącznie klimat napięcia i swego rodzaju niepewności. Poczucie grozy budują niskie elektroniczne dźwięki, które przewijają się tutaj nieustannie wprowadzając sporo mroku. Gdzieniegdzie pojawia się jakiś bardziej wyrazisty dźwięk czy wybuch ("Pieces Of A Story"), ale nie są one w stanie niczym zaimponować.

Jak już wspominałem muzyka z "Ostatniego Mohikanina" obrosła wręcz legendą. Wśród osób słuchających muzyki filmowej okazjonalnie cieszy się sporą popularnością i niekiedy nawet mianem arcydzieła. Jak dla mnie ta płyta nim nie jest. Być może wiele osób oburzy się czytając takie stwierdzenie, ale takie są moje prawdziwe odczucia względem tego krążka. Jest to bardzo poprawna kompozycja oparta na kilku schematach, które są tu realizowane ze sporym powodzeniem. Przez połowę płyty jest nam serwowany zaledwie jeden - chociaż bardzo dobry - temat, który różni się tylko aranżacjami i kontekstem. Epatuje z niego epicka podniosłość i pewien liryzm, bardzo dobrze obrazujący dramatyczną historię tytułowego "Ostatniego Mohikanina". Z kolei końcówka płyty to niestety typowy underscore, stanowiący jedynie nic nie znaczące wypełnienie albumu, której nie ratuje nawet ładna, choć stanowczo za krótka piosenka Clannadu. I mimo że Randy Edelman nie popisał się tutaj, to najlepsze kompozycje na płycie, należą właśnie do niego. To właśnie "The Courier" i "Cora" słucha się tutaj najprzyjemniej. Można by dziesiątkami przytaczać ścieżki dźwiękowe, zbudowane na podobnej zasadzie jednego tematu i różnych jego wariacji, które prezentują o wiele wyższy poziom zarówno techniczny jak i wykonania. Jednak "Ostatni Mohikanin" to muzyka, która z pewnością nie zawiedzie tych, którzy w muzyce filmowej poszukują mieszanki muzyki popularnej i klasycznej czy elektronicznej i symfonicznej. To klasyk, który wypada znać.

 

P.S. Na wydaniu dvd z filmem znależć można pełny, wyizolowany score w Dolby Digital 5.1.

 

Autor recenzji: Łukasz Waligórski


CD 1

01.

Main Title

02.

Elk Hunt

03.

The Kiss

04.

The Glade Part II

05.

Fort Battle

06.

Promentory

07.

Munro's Office / Stockade

08.

Massacre / Canoes

09.

Top Of The World

10.

The Courier

11.

Cora

12.

River Walk and Discovery

13.

Parlay

14.

The British Arrival

15.

Pieces Of A Story

16.

I Will Find You – Clannad

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 1  

rysio 02-08-2019, 14:07

portal "muzykafilmowa" a ma sie wrazenie, ze autor znalazl sie tu przypadkiem - poszedl do biblioteki, pospisywal, posluchal i rozlozyl na atomy. Ale filmu chyba nie ogladal - muzyka współgra z tym co na planie, oddaje i wzmacnia widoczne tam emocje (bo taka jest rola muzyki filmowej) i piszą o tym tysiące ludzi na całym świecie, a autor tego nie czuje - współczuję, ale w takim razie może zająć się czymś innym: pies nie powinien pisać o kolorach ;)


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz