• Witch, The
  • Sing Street
  • Firestarter
  • Hitman’s Bodyguard, The
  • Klute / All The President's Men

Magnificent Seven, The

data publikacji: 19/03/2017

Siedmiu wspaniałych

Magnificent Seven, The

"...zupełnie inna partytura od wyraźnie przygodowego dokonania Bernsteina..."

Kompozytor: James Horner, Simon Franglen

Rok produkcji: 2016

Wytwórnia: Sony Classical

Czas trwania: 78:26 min.

 

Wielu widzów stawia sobie pytanie po jaką cholerę kręcić remake filmu uznawanego za arcydzieło i klasykę gatunku? Bo przecież za takie uważane jest „Siedmiu wspaniałych” Johna Sturgesa z 1960 roku. Jednak Hollywood nie takie świętości przerabiało i w 2016 roku powstała nowa wersja klasycznego westernu. Szkielet w zasadzie pozostał ten sam: mamy siedmiu rewolwerowców kierowanych przez łowcę głów, Sama Chisolma, którzy stają w obronie mieszkańców małego miasteczka, terroryzowanego przez bezwzględnego, chciwego kapitalistę. Tylko, że zgodnie  duchem czasów grupę tworzą: czarnoskóry, Irlandczyk, Azjata, Meksykanin, starzec, Francuz i Indianin. Na szczęście jest to trzymający w napięciu film akcji z mocną finałową konfrontacją – zasługa pewnej ręki reżysera Antoine’a Fuqua.

 

Wiadomo było, że muzyka musiała zmienić klimat, bo i sam film jest bardziej mroczny od oryginału. Zadanie napisania oprawy muzycznej otrzymał James Horner, dla którego miała to być druga współpraca z Fuqua. Maestro zginął jednak w katastrofie lotniczej zanim rozpoczęły się zdjęcia i wydawało się, że trzeba będzie pilnie znaleźć zastępstwo. Miesiąc po śmierci Fuqua otrzymał prezent – okazało się, ze Horner w oparciu o sam scenariusz napisał kilka mini-suit, zatrudnił orkiestrę i nagrał swoje dzieło. Resztę muzyki dokończył najbliższy współpracownik maestro, Simon Franglen.

 

I już pierwsze minuty wskazują charakterystyczny, pełen suspensu styl Hornera. Otwierające całość „Rose Creek Oppression” wyraziście pokazuje beznadzieję mieszkańców Rose Creek (bardzo smutna wokaliza, flet shakuhachi, minimalistyczna perkusja, werble), prezentując temat głównego antagonisty i jego sługusów – nakładające się niczym echo krótkie wejścia trąbki podkreślają jego nikczemny charakter (motyw ten wróci m.in. w brutalnym „Street Slaughter”, przypominającym „48 godzin”, czy „Takedown”). Atmosfera zmienia się wraz z „Seven Angels of Vengeance”, czyli tematem naszych śmiałków, przypominającym dokonania podopiecznych Hansa Zimmera (gwałtowne wejścia dęciaków, mechaniczna perkusja i elektroniczne wstawki, chociaż smyczki to czysty James jeszcze z lat 80.). Nie można też zapomnieć o pojedynczych dźwiękach (tykanie zegara) czy bardziej wolnych, ale i niepozbawionych mroku fragmentach („The Deserter”).

 

Nie zaginął jednak duch Dzikiego Zachodu. By go ukazać, kompozytor sięga po niezapomniane smyczki (przypominające troszkę temat z oryginału „Volcano Springs”), ale też i akustyczną gitarę, klaskanie („Robicheaux Reunion”) czy specyficzne dla danego okresu dźwięki fortepianu (nerwowe, wręcz lekko horrorowe „Magic Trick”). Takich momentów wyciszenia i budowania stricte westernowej otoczki jest tu jednak jak na lekarstwo i pojawiają się one w pojedynczych utworach, rozrzuconych po całej płycie.

 

Jak wspominałem wcześniej, dominuje underscore z domieszką akcji. Najwięcej do roboty mają tutaj nieprzyjemnie wyeksponowane flety, kotły, perkusja oraz skrzypce. Tak jest w powoli rozkręcającym się, niemal w całości opartym na flecie „Takedown”, wręcz elegijnym „Town Exodus-Knife Trening”, opartym na miarowych uderzeniach perkusji „So Far So Good” (przypomina się „Apollo 13”) czy elektronice „Sheriff Demoted” oraz w „Pacing the Town” z intensywnymi wejściami smyczków. Czasami dochodzą do tego drobne smaczki, jak dzwoneczki w „Pacing the Town”, trzaski perkusji w „Bell Hangers”, przesterowane smyczki w „Army Invaders Town”, gwałtowny fortepian w „Horne’s Sacrifice”, dzwony w „The Darkest Hour”...

 

Finał to już czysty action score – w filmie zagłuszony niestety strzelaninami i wybuchami. Horner/ Franglen nie bawi się tu w półśrodki i atakuje wszystkim, co ma: galopujące solówki trąbki, kotły i tempo niczym we „Władcy Pierścieni”. Do tego obowiązkowe werble, odbijające się niczym echo flety oraz mocne kowadełko („Faraday’s Ride”), które podkręca atmosferę niepokoju, łkające elegijnie smyczki („Horne’s Sacrifice”) czy wchodzące na chwilę gitarowe rytmy. Najbardziej w pamięć zapada jednak żeńska wokaliza z „House of Judgement”, przypominająca troszkę dokonania Ennio Morricone.

 

Jedyną rzeczą kłującą w uszy jest nowa aranżacja tematu przewodniego autorstwa Elmera Bernsteina. Sam utwór brzmi więcej niż dobrze, ale kompletnie nie pasuje do całości. Zbyt lekki, przebojowy jak na tak mroczne dzieło. Tym trudniej jest ocenić „Siedmiu wspaniałych” AD 2016, gdyż to zupełnie inna partytura od wyraźnie przygodowego dokonania Bernsteina. Ale Horner oraz (w większym stopniu) Franglen wywiązali się ze swojego zadania, tworząc solidną ilustrację. Bardziej sprawdzającą się jednak na ekranie, gdzie niejako przy okazji tworzy swoisty hołd dla zmarłego maestro. Mocna trójka.

Autor recenzji: Radosław Ostrowski


CD 1

01.

Rose Creek Oppression

02.

Seven Angels of Vengeance

03.

Lighting the Fuse

04.

Volcano Springs

05.

Street Slaughter

06.

Devil in the Church

07.

Chisolm Enrolled

08.

Magic Trick

09.

Robicheaux Reunion

10.

A Bear in People’s Clothes

11.

Red Harvest

12.

Takedown

13.

Town Exodus - Knife Training

14.

7 Days, That’s All You Got

15.

So Far So Good

16.

Sheriff Demoted

17.

Pacing the Town

18.

The Deserter

19.

Bell Hangers

20.

Army Invades Town

21.

Faraday’s Ride

22.

Horne Sacrifice

23.

The Darkest Hour

24.

House of Judgement

25.

Seven Riders

26.

The Magnificent Seven – Elmer Bernstein

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 3  

Goska Tomasz 30-03-2017, 01:59

Drobna uwaga do historii powstawania tej pracy. Horner nigdy nie nagrał suit z orkiestrą. Pracował ze swoimi aranżerami na DAW. I dopiero tamtejsze szkice zapisane w formie projektu posłużyły za punkt wyjścia w tworzeniu suit, które faktycznie zorkiestrował i zrealizował Franglen. Cały score jest więc bardziej wariacją na pozostawione przez Hornera melodyczne pomysły w zderzeniu z jego warsztatem. Sporo tu stylizacji, które może nie do końca zostały zrozumiane i odpowiednio wykorzystane przez Franglena. Aczkolwiek odrzucając na bok całą sprawę warsztatowych przynależności i słuszności... jest to score, który w filmie leży całkiem dobrze. I tego należy się trzymać. ;)


Radosław Ostrowski 30-03-2017, 14:16

Pewnie źle zrozumiałem (tak to jest jak się czyta z angielskojęzycznych stron), ale to nie zmienia faktu, iż to udane pożegnanie mistrza z kinem


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz