• Silence
  • Get Out
  • Allied
  • Thank You for Your Service
  • Marie Curie

007: Moonraker

data publikacji: 07/09/2015

Moonraker

007: Moonraker

"...chyba nawet bardziej czarująca od samego 007..."

Kompozytor: John Barry

Rok produkcji: 1979 / 1988 / 2003

Wytwórnia: United Artists / Capitol / EMI

Czas trwania: 30:48 min.

 

Od zawsze hołdujący trendom i zależny od politycznych przetasowań, James Bond w swej jedenastej z kolei przygodzie w końcu zrobił to, na co zapowiadało się od dawna – poleciał w kosmos. Rezultatem tego jedna z gorszych odsłon serii, która po latach budzi raczej uśmiech politowania, niż przyjemny dreszczyk emocji. Ale obok kilku pomniejszych elementów, które bronią się same w sobie – jak kolejne piękne panie z Lois Chiles na czele – „Moonraker” posiada jedną, niezaprzeczalną zaletę: muzykę.

 

Powracającemu za batutę weteranowi sagi, Johnowi Barry’emu, krótki odpoczynek od Bonda dobrze zdaje się zrobił, gdyż maestro napisał jedną z lepszych ilustracji dla 007. W dodatku jest to muzyka niezwykle liryczna, poetycka, wielce natchniona – co wydać może się trochę dziwne na tle rozbuchanego, przeskakującego wszelkie granice umowności filmu.

 

Już sama piosenka przewodnia zaskakuje spokojem. Co prawda bondowskie szlagiery zawsze posiadały w sobie pewną nutkę romantyzmu, lecz „Moonraker” jest bodaj tą najbardziej refleksyjną. Do jej wykonania po raz trzeci w historii (co stanowi swoisty ewenement) zaproszono Shirley Bassey, która zgodziła się jedynie przez wzgląd na osobę kompozytora. Artystka znakomicie odnalazła się w quasi-operowym klimacie, wyciskając ze słów Hala Davida wszystkie soki. To jednak nie pomogło – piosenka nie stała się hitem, średnio wypadając na listach przebojów, a porównania do poprzednich bondowskich piosenek wokalistki zupełnie nie wytrzymując. Z jednej strony trudno się dziwić, gdyż niezwykle stonowana, miejscami wręcz senna melodia nie jest czymś, czego można by się po agencie MI-6 spodziewać. Lecz z drugiej strony dużo w tym uroku i naturalnego piękna.

 

Co ciekawe, jest to przy tym jedyny przypadek w całym cyklu, gdzie na napisach końcowych zamieszczono bardziej dynamiczną, dyskotekową wersję utworu – co było, rzecz jasna, odpowiedzią producentów na rosnącą popularność disco. Odrobinę kiczowata i zdecydowanie ustępująca oryginałowi wariacja także posiada swój urok, acz łatwo zauważyć, iż nie do końca klei się ze szpiegowskimi przygodami – nie ważne, jak bardzo abstrakcyjnymi.

 

Cała reszta kompozycji – przez lata niestety nie wydanej w obszerniejszej edycji, mimo iż w filmie jest blisko pół godziny więcej ciekawego materiału – prezentuje jednolitą, lecz niezwykle chwytliwą stylistykę, która przede wszystkim porywa wysmakowaną aranżacją i niesamowitym klimatem. Choć na ekranie dzieje się sporo, Barry ilustruje akcję równie powściągliwymi, acz mocno sugestywnymi melodiami, co rzeczona piosenka, po której linię melodyczną sięga zresztą bez wahania. Skutkuje to wielce szykowną partyturą z prawdziwą, gentlemańską wręcz klasą, jaka nawet w najbardziej emocjonujących momentach stara się zachować powściągliwość rytmu – również wtedy, kiedy do głosu dochodzi okazjonalna egzotyka („Bond Arrives in Rio and Boat Chase”). James Bond, jak się patrzy!

 

Oczywiście nie oznacza to, iż muzyka jest w jakiś sposób wyprana z uczuć. Wręcz przeciwnie – jest ich tu aż nadto. Liryka, pełna niebanalnych, hipnotyzujących chórów, często skupia się jednak bardziej na majestacie kosmicznej przestrzeni, niż na bohaterach tej historii. Przy czym słuchając utworów takich, jak fantastyczne „Flight Into Space” czy „Space Lazer Battle”, trudno uznać to za mankament – najwyraźniej czarna, rozległa pustka i akcja, która się w niej toczy, były tym razem bardziej interesujące, niż jednowymiarowe postaci. Bywa.

 

Można zarzucić maestro lekką monotonię brzmienia. Trudno mówić też o pełnej satysfakcji z ledwie półgodzinnego albumu, gdyż ten przemyka przez głośniki zdecydowanie za szybko – zarówno w całości, jak i fragmentarycznie. Nie jest to z pewnością także pozycja idealna, co udowadnia fakt, iż nawet na tak krótkiej płycie znalazło się miejsce dla mało zjadliwego underscore’u („Bond Smells a Rat”), jaki niewiele wnosi do odsłuchu. Lecz nie ulega wątpliwości, iż jest to jedna z piękniejszych, jeśli nie najpiękniejsza kompozycja Barry’ego dla brytyjskiego agenta. I chyba nawet bardziej czarująca od samego 007. Trzeba znać.

 

  

 

P.S. Raz jeszcze w filmie pojawia się także muzyczna klasyka: „Raindrop Prelude” Chopina, uwertura z „Romeo i Julii” Czajkowskiego, „Tritsch-Tratsch Polka” Straussa, aria „Vesti la giubba” z opery „Pagliacci” Ruggero Leoncavallo oraz motywy z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” i... „Siedmiu wspaniałych”. Część z tych melodii uwzględniono na liczącym 30 utworów, kompletnym bootlegu, jaki od dawna krąży po sieci.

 

James Bond powróci w naszych recenzjach...

Autor recenzji: Mefisto


CD 1

01.

Main Title - Moonraker – Shirley Bassey

02.

Space Lazer Battle

03.

Miss Goodhead Meets Bond

04.

Cable Car and Snake Fight

05.

Bond Lured to Pyramid

06.

Flight Into Space

07.

Bond Arrives in Rio and Boat Chase

08.

Centrifuge and Corrinne Put Down

09.

Bond Smells a Rat

10.

End Title - Moonraker – Shirley Bassey

Komentarze

Średnia ocena czytelników: 4.67  

Tomasz Goska 08-09-2015, 10:01

Z wielkim sentymentem podchodzę do tej pracy. Kawał dobrego, odlchoolowego, Bondowego brzmienia, jak i ładna piosenka.


Adam Krysiński 14-09-2015, 18:40

Najbardziej skrzywdzony wydawniczo Bond OST obok Spy Who Loved Me... 2 tyle kapitalnej muzyki na płycie nie wydano w ogóle do dziś..


apolinary 01-09-2017, 21:21

Bardzo udana ilustracja, John Barry to fachman. Z kolei sam film, wyklęty przez miłośników serii, z biegiem lat nabiera campowego uroku.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Ocena [1-5]
Komentarz